facebook instagram
  • Strona główna
  • Życie
  • Rodzicielstwo
  • Chustonoszenie
  • Narodziny Matki
  • O mnie / kontakt

wilkprzybysz

Droga do tego aby stać się rodzicem bywa czasem długa i trudna, pełna emocji z którymi nie zawsze potrafimy dzielić się z innymi. Pełna uczuć, które trudno nazwać przed samym sobą a co dopiero wypowiedzieć na głos. Nasze życie jest pełne skrajności. Radość i cierpienie, strach i ekscytacja, a macierzyństwo potrafi podnieść te emocję do potęgi.

Mówisz o sobie, że jesteś mamą dwóch synów.
Jestem. Wprawdzie jeden jest jeszcze pod sercem, ale jest. Jesteśmy razem od kilkunastu tygodni, nigdy nie wiadomo, ile będzie z nami. Więc już się cieszę, że jestem jego mamą.
Chodzi o to, że nie masz pewności, czy wszystko będzie w porządku?
Zawsze jest jakiś margines obaw i niepewności. Formalnie wszystko jest dobrze, ale nie w tym rzecz. Po prostu czuję i wiem, że on już jest i dlatego każdy dzień z nim jest cudem.
Masz za sobą długą drogę do macierzyństwa?
Chcieliśmy mieć dziecko od razu po ślubie. Przed nami ósma rocznica. Pierwszy syn urodził się dopiero po sześciu latach. Dla nas było oczywiste, że zaczynamy wspólne życie jako małżeństwo i dzieci się pojawiają. Nie chcieliśmy czekać. Byliśmy młodzi, zdrowi, ja kończyłam studia, a mąż był na doktoracie, mieliśmy gdzie mieszkać i jak żyć. Wydawało się, że przecież wszystko idzie po naszej myśli, że musi się udać. I nagle... co tu się dzieje? Co jest nie tak?
W takich sytuacjach dobrze robi rozmowa z kimś zaufanym, bliskim. Z kimś, kto nie tylko zna nas, ale ma też jakieś doświadczenie w temacie.
I tu był problem. Wyszłam za mąż jako pierwsza z moich koleżanek. Nie miałam punktu odniesienia. Nie miałam kogo zapytać o podstawowe kwestie. A z drugiej strony zupełnie nie potrafiłam o tym mówić. To doświadczenie było dla mnie tak szokujące i tak wbrew temu, co miało być, że brakowało mi słów. 
To musiało być bardzo trudne. A co z rodziną, osobami z pracy czy najbliższego otoczenia?
Zawsze znajdą się zabawne osoby, które rzucą żartem „Jak tam? Wy na pewno wiecie, jak to się robi?”. Albo grono ludzi, którzy przy każdej okazji będą pytać „A kiedy w końcu te dzieci?”. Inni lubią sugerować, że „no tak, chcecie się wyszaleć” czy też „czyli wybraliście rozwój i karierę?”. Nawet nie mam siły do tego wracać. Nie potrafiłam się wśród tego odnaleźć. 
Czułaś się zagubiona?
Absolutnie tak. Leczenie niby postępowało, ale stan rzeczy się utrzymywał. Czułam się bardzo samotna. Gdy ktoś nawet życzliwie czy żartobliwie pytał o dzieci, ja tym bardziej zamykałam się i zjeżałam, nie umiałam odpowiedzieć.
Takie komentarze potrafią być niezwykle bolesne, a ciężko o asertywność i odbicie piłeczki, gdy temat tak boleśnie nas dotyczy. 
Wiesz, ja nawet nie tyle nie miałam siły na cięte riposty, co po prostu na to, aby otwarcie powiedzieć o tym, z czym się borykamy. Nie przechodziło mi przez gardło, że staramy się, ale nam nie wychodzi czy choćby powiedzenie, że chcemy, ale to nie takie łatwe lub że Pan Bóg da. Nie potrafiłam niczego z siebie wydusić i choć takich komentarzy nie było dużo, to każdy przeżywałam i każdy też zapadał mi głęboko w sercu i pamięci. 
Po roku trafiłam do pierwszej lekarki, bardzo dobrej, serdecznej i ciepłej. Łączyła specjalności ginekologa i endokrynologa, co było w moim przypadku cenne. Podobało mi się też jej holistyczne podejście do leczenia. Zaczynaliśmy więc od małych rzeczy, które mogliśmy naprawić i stopniowo szliśmy w kierunku tych większych. Zaczynałam od nawyków żywieniowych i innych drobiazgów, miałam regulowane problemy hormonalne.
Mimo tego jednak nie udawało się zajść w ciążę.
Moje wyniki były bardzo niejednoznaczne, co mnie strasznie frustrowało. Niby nie było wyraźnego sygnału, że się nie uda, ale jednocześnie istniała spora ilość małych rzeczy, które składały się na to, że poczęcie było utrudniona. Pustka i bezsilność czasem mnie przytłaczały.
Kiedy Twoje życie jest puste w sferze, która była dla Ciebie ważna, dobrze znaleźć coś, co to miejsce wypełnić. 
I my znaleźliśmy. Oprócz zwyczajnego rozwoju i pracy naukowej uciekliśmy w podróże. Wyjeżdżaliśmy na długie wyprawy. Były to zarówno podróże autostopowe, a dwa razy byliśmy na Camino, na Drodze św. Jakuba. Żyliśmy tym. Zbieraliśmy pieniądze, w końcu mieliśmy konkretny cel, plan, było marzenie możliwe do spełnienia. Były zdjęcia, do których mogliśmy wracać. Po prostu było coś naszego.
Równolegle poza podróżowaniem trwało leczenie.
Był przełomowy moment, kiedy moja lekarka zasugerowała, że powinnam pójść do innego specjalisty. Miałam podejrzenie endometriozy i jej zdaniem stan był operacyjny, w związku z czym ona nie mogła więcej pomóc. Nasze rozstanie było sensowne i logiczne, a konsultacja z nowym lekarzem dała mi nowe nadzieje i szanse na świeże spojrzenie na problem. 
Pamiętam, że badanie podczas pierwszej wizyty było bardzo bolesne. Ale nie było to dla mnie nic nowego: w moje codzienne funkcjonowanie wpisany był ból.
Przywykłaś do tego?
Tak, z czasem zaakceptowałam to, że czuję ból i niczego z tym nie zrobię, muszę się nauczyć z nim funkcjonować. Tak często objawia się endometrioza. Tu jednak lekarz pochylił się mocniej nad tematem i pociągnął go. Zadał mi proste pytanie: „Jak pani w ogóle funkcjonuje z takim bólem?”. Odpowiedziałam: „Jakoś”. Bo tak właśnie było. Po prostu żyłam, bo tak jesteśmy wszystkie nauczone, że boli, to trudno, boli, nie ma co drążyć.
Lekarz wysłał mnie do fizjoterapeuty uroginekologicznego, a ja nawet nie zdawałam sobie sprawy, że istnieje coś takiego jak fizjoterapia mięśni dna miednicy. To było objawienie.

Jak wyglądała wizyta?
Trochę nie wiedziałam, czego się spodziewać, miałam dużo obaw. Wywiad zebrany był bardzo delikatnie, bo to są przecież trudne tematy.  Fizjoterapeuta zaczął od diety, spraw toaletowych, a do pytań o współżycie czy niepłodność przeszedł na końcu, nie walił tak z grubej rury. I za tę delikatność bardzo go cenię. Nie łatwo opowiadać obcemu mężczyźnie o swoim życiu seksualnym, w dodatku gdy jest ono tak beznadziejne i bolesne, a ty nieustannie czujesz się przez to winna. 
Rozpoczęliśmy terapię manualną, jednak mój stan był taki, że wewnętrzna była początkowo niemożliwa. Chodziłam tam co tydzień, robiliśmy systematyczne postępy w „rozpracowywaniu” mojego ciała. Po miesiącach częstej terapii stoję na stanowisku, że cały ten proces był bardziej bolesny niż poród, jednak efekty zaczęły przychodzić szybko i to było niezwykle budujące. 
Przestałaś czuć codzienny ból?
Nie od razu, jednak systematycznie mijały mi różne stany bólowe, zniknęły silne migreny. Odkryłam, że przestałam być tak bardzo spięta. Pojawił się też skok libido i szok, że bliskość nie musi wiązać się z dyskomfortem. Zresztą poza tym kiedy walczysz z niepłodnością, to pożycie jest takie obowiązkowe: musisz łapać owulację, nie ma, że człowiek jest zmęczony. Gdy się spóźnisz lub gdy Ci się nie chce, to masz wyrzuty sumienia i czujesz żal, że coś zostało przegapione. 
Takie poczucie zmarnowanej szansy?
Tak, i takie okrutne uczucie, że może właśnie teraz, gdy odpuściliśmy, to mogło się udać.
Prowadziłam też te wszystkie tabelki rozpoznawania płodności, ale doprowadzały mnie do szału. 
Dlaczego?
Pomyśl, że musisz rozpocząć dzień od praktyki która przypomina Ci, że jesteś niepłodna.
Czego jeszcze próbowaliście?
Na początku leczenia przeszłam post Daniela, czyli głodówkę, którą zasugerowała mi pierwsza pani doktor. Nie byłam do tego przekonana, ale stwierdziłam że spróbuję, bo co mi szkodzi. Przynajmniej nie czułam się bezczynna. 
Na późniejszym etapie przechodziłam też testy na nietolerancje celem eliminacji alergenów, które rzekomo mogłyby wpływać na płodność. Zbliżały się moje urodziny, zaprosiłam bliskich. Postanowiłam, że zrobię tort i inne pyszności, ostatnie przyjęcie przed rezygnacją z określonych produktów.
Taki symboliczny moment.
Bardzo. Pamiętam, że powiedziałam wtedy w gronie znajomych, że muszę z powodów zdrowotnych przejść na dietę. Ktoś jednak zadał takie przytomne pytanie „A tak właściwie to co Ci jest?”.
Odpowiedziałaś?
Pierwszy raz udało mi się wykrztusić, że leczę się na niepłodność. I wyobraź sobie, że nic się nie stało. 
A czego się obawiałaś?
Sama nie wiem, jednak tak trudno było mi powiedzieć coś takiego. Był to dla mnie ogromny wstyd.
Wstyd?
Tak. Niepłodność była dla mnie wstydem. Czułam się niepełnowartościowa, w moim odczuciu ta sytuacja była zaprzeczeniem mojej kobiecości.
Niepłodność jest do tego o tyle trudna, że ona cały czas dzieje. Gdy jesteś na coś chora, to starasz się żyć mimo tego: zapomnieć, pogodzić się z tym, przejść jakiś proces żałoby. Tymczasem niepłodność Ci się co miesiąc aktualizuje. Co miesiąc masz zawiedzioną nadzieję. 



Szansą na powodzenie okazała się operacja?
W czerwcu 2015 miałam zabieg wycięcia endometriozy. Bardzo liczyłam, że to wreszcie coś zmieni, że stanie się punktem wyjścia do cudu. Ale wiedziałam też, że muszę przestać wreszcie tak ciągle czekać.
Po kontroli u lekarza zapytałam, że dobrym pomysłem jest pójście na Camino de Santiago, bałam się, czy tak długotrwały wysiłek jest dobrym pomysłem. Powiedział, że pomysł jest doskonały i nie widzi przeciwskazań. Ta pielgrzymka okazała się najpiękniejszym na dany moment czasem w naszym małżeństwie. Byliśmy odcięci od wszelkich bodźców zewnętrznych - tylko my i wędrówka w stałym rytmie, prawie półtora miesiąca. Czułam, że jestem w odpowiedniej odległości od codzienności. Było to też spełnienie naszych marzeń. 
Zaraz po powrocie zajęliśmy się kolejnym wspólnym marzeniem. Jako kobieta potrzebowałam domu i dzieci, aby być szczęśliwa. A skoro dzieci mieć nie mogę, to bardzo potrzebuję choćby tego naszego miejsca jako zakorzenienia, aby nie żyć na wynajmie, w akademiku. Trudno mi było się odnaleźć w tym niebyciu u siebie. Znaleźliśmy cudowne mieszkanie. Małe, ale zakładałam, że jest to mieszkanie tylko dla naszej dwójki. Plan był taki, że wprowadzimy się i będziemy starali się być szczęśliwi. 
Wcześniej żyłam hipotetycznie. Cały czas zakładałam, że może będę w ciąży, że może się uda i że w związku z tym wiele się zmieni. To było bez sensu, bo stale uwzględniałam w planach coś, co mogło się nigdy nie wydarzyć. 
To bardzo trudne i wyobrażam sobie, że było Ci bardzo ciężko aby przejść do porządku dziennego z akceptacją tej sytuacji.
Pomogło to, że zaczęliśmy urządzać mieszkanie. Stało się takie nasze, przytulne i ciepłe. Hucznie obeszliśmy piątą rocznicę ślubu. Zaczęłam też nową, stałą pracę. Zaczęłam się czuć dobrze ze swoim życiem. 
Pewnego razu, niedługo po rozpoczęciu pracy, przez kilka dni czułam mocny przedmiesiączkowy miesiączkowy ból. Fizjoterapeuta zasugerował, że powinnam zrobić test ciążowy. Chciałam przyjść na wizytę, a on jednak naciskał, że woli upewnić się, czy nie jestem w ciąży zanim rozpoczęlibyśmy terapię potencjalnie niebezpieczną w pierwszym trymestrze. Powiedziałam mu, że chyba zwariował.
Nie wierzyłaś w to, że możesz być w ciąży?
Zupełnie. Poza tym zwykle nie robiłam testów ciążowych. Były dla mnie tylko źródłem frustracji. Jednak wtedy zdecydowałam się wyjść z pracy na przerwie i go kupić. Zrobiłam go wbrew regułom w samym środku dnia. Ku mojemu zdziwieniu były tam dwie mocne i wyraźne kreski. 
Jak zareagowałaś?
Kazałam mężowi przyjechać natychmiast. Nie powiedziałam jednak, o co chodzi. Później powiedział mi, że bardzo się wystraszył, pomyślał, że ktoś jest chory albo umarł. Pokazałam mu test. Oboje byliśmy w szoku. Zupełnie nie wiedziałam, co zrobić. Zrobiliśmy test betaHCG. Cały wieczór odświeżałam wyniki w laboratorium. Okazało się, że wynik mam bardzo wysoki.
Czyli faktycznie ciąża. 
A jednak ja tak mocno w to nie wierzyłam, że zaczęłam sprawdzać w Internecie, co jeszcze może być powodem podwyższonego betaHCG. A kilka dni na wizycie lekarskiej podczas USG potwierdzono ciąże, było widać migający punkt – serce. Tak późno się zorientowałam, to był już szósty tydzień.
Niezwykłe jest to, że część Ciebie była w stanie uwierzyć mocniej w chorobę niż w to, że pod swoim sercem możesz nosić dziecko. 
Ta wieloletnia sytuacja sprawiła, że poczułam się tak, a nie inaczej. Byłam spięta i zdenerwowana, zresztą to napięcie zaczęło stopniowo ze mnie uchodzić, a ujście miało w mojej skrajnie niskiej w okresie ciąży odporności. Co chwilę chorowałam, a to na przeziębienie, a to na zapalenie zatok i trwało to aż do ósmego miesiąca. 
To tylko pokazuję skale tego jak mocne to były emocje i w jak wielkiej ilości się w Tobie skumulowały. 
Niesamowicie. Wiesz, ja czuję że bardzo wiele rzeczy miało wpływ na to, że w końcu się udało. Operacja to tylko jedna z nich. Do tego inne kwestie zdrowotne. Zaczęłam bardziej o siebie dbać, spełniałam inne marzenia. Odblokowałam się jeśli chodzi o rozmowę z ludźmi. Odnalazłam swoje miejsce. Jednak jest jeszcze jedna sprawa która czuję, że nie była bez wpływu. Moja przyjaciółka, Marzena, w trakcie mojej ciąży urodziła bliźniaki. Trochę mam wrażenie, że moja ciąża była po części jej zasługą…
Jak to?
Końcem poprzedniej zimy zadzwoniła do mnie mówiąc, że będę miała chrześniaka. Wtedy nie wiedziała jeszcze o tym, że to ciąża mnoga. I wtedy stało się coś niezwykłego. Po raz pierwszy autentycznie ucieszyłam się z czyjejś ciąży. Bez smutku, bez zazdrości. Bez mieszanych uczuć. Nie umiem jakoś tego lepiej opisać ale poczułam, że wreszcie znalazło się we mnie miejsce na pozytywne emocje. Jej ciąża była trudna i powiedziała mi potem, że ona ten trud ofiarowała w mojej intencji. Niedługo później okazało się, że ja też jestem w ciąży. Nasz syn urodził się w dzień matki. Jest moim najwspanialszym prezentem, jaki otrzymałam.
To niezwykle symboliczne! Opowiedz mi proszę jeszcze o swoich emocjach tych poporodowych związanych z pierwszymi tygodniami. Na rodzicielstwo czekałaś długo i była to trudna droga, miałaś w związku z tym jakąś wizję tego ,co Cię czeka, jak to będzie?
Początki nie były łatwe. Pamiętam ten pierwszy dzień w domu z małym dzieckiem. Surrealistyczne… nie wiedzieliśmy, jak się w tym odnaleźć: w domu było dziecko! Ale to wszystko, co się działo było takie nasze i piękne. Była wiosna, wszystko wokół rozkwitało i my także. Macierzyństwo było zaskakujące. Niczego nie zakładałam -  ani że będzie łatwo ani trudno. Mówi się czasem, że matki siedzą w domu. I ja często siedziałam: z synem na rękach. Budził się, jadł, leżał i spał non stop na mnie. Był po prostu szalenie wymagający. Całe szczęście mąż w miarę możliwości przejmował dziecko, bo ja chwilami nie dawałam rady. Pierwsze pół roku mocno mnie przeczołgało, potem zachęcana i wspierana przez męża coraz częściej starałam się znaleźć czas dla siebie. Ale zarazem był to piękny i wartościowy czas, bo pomógł mi lepiej zrozumieć siebie i bardziej wzrosnąć.
Macierzyństwo zafascynowało mnie i emocjonalnie, i intelektualnie. Ciekawiło mnie wszystko co wiązało się z rodzicielstwem. Chciałam, aby stało się to moim życiem i szukałam na to rozwiązania. Poczułam, że mogę zostać doulą. Teraz jestem w drugiej ciąży i największym zaskoczeniem dla mnie było to, że mogę zajść w ciążę jak zdrowa kobieta: bez długich starań, stresów, leczenia, bez łez i frustracji. Bałam się, że to będą kolejne lata starań. Tymczasem czuję, że moje ciało i dusza zrobiły niezwykły progres. Praca na wielu płaszczyznach przyniosła tak niezwykły efekt.

Jaką zmianę czujesz w sobie odkąd zostałaś mamą?
Macierzyństwo dużo zmienia, ale nie zmienia wszystkiego. Jestem tą samą osobą, tylko mam nowy, ważny i wielki element życiu, który wydobywa ze mnie wiele rzeczy. Zarówno dobrych, jak i złych. Dowiedziałam się, że nie panuję nad niektórymi emocjami, nad złością. Rodzicielstwo oprócz radości, jaką ze sobą niesie, uwypukliło niektóre moje negatywne cechy. Musiałam się z tym zmierzyć i coś z tym zrobić.

Czyli nauczyłaś się więcej o sobie?
Tak, musiałam stanąć w prawdzie. Choć nie było to łatwe, to przyszło mi poznać wszystkie swoje słabe strony. Poczułam się też mocno zmotywowana, aby nad nimi popracować.
Jestem wrażliwa, emocjonalna, delikatna. Ale w tym wszystkim czuję, że jestem silna, świadoma siebie i mądra. Harmonia jest tym, co teraz mnie określa, bo harmonia jest ładem ale jednocześnie nie jest ani porządkiem ani kontrolą. Czuję, że jestem dobrą matką.  
A największy trud?
Była jedna taka sytuacja jeszcze podczas naszych starań. Jedna z moich znajomych straciła dziecko, to była już późna ciąża. I wiesz co? Może to brzmi absurdalnie, ale miałam taką myśl, że ja mimo wszystko jej zazdroszczę. 
Czego konkretnie?
Tego, że stała się matką. Jej dziecko odeszło ale było, żyło, ma swój nagrobek, a ona stała się mamą. A ja nie mam nawet za kim płakać. Nie miałam szansy doświadczyć nawet okruchu życia, choćby kilkutygodniowego. Dlatego teraz tak celebruję każdą chwilę ciąży i każdą chwilę z dzieckiem. To mnie zmieniło. Nie chce być górnolotna, ale też nie chce uciekać od tego, że to były pełne cierpienia lata. Długo żyłam jednym wielkim ”gdyby”. Nieustannie myślałam, co by było gdyby.. jakie by były te hipotetyczne dzieci. Teraz odpuściłam, bo to jest bez sensu. Teraz już nie patrzę na przeszłe lata jako na puste. One nie były puste, one były trudne.

Nie patrzysz już na ten czas starań jako na stracony?
Uczę się tego, choć to nadal we mnie jest. Te lata w swoich trudnościach były wartościowe bo uczyniły z nas takie małżeństwo, jakim jesteśmy i takich rodziców, jakimi się staliśmy. Wyszliśmy z tego silniejsi.

Czyli walka wygrana.
Nienawidzę słowa walka czy określenia walka z niepłodnością. Jest takie zdanie, nie pamiętam czyje, że jeżeli z czymś walczysz, to dajesz temu siłę. Walka to jest coś, co możesz przegrać. Jeśli stajesz do tej walki i przegrywasz, jesteś przegrana jako kobieta, jako żona. Nie cierpię tej narracji, bo ona nikomu nie służy. Walczenie jest męczące i frustrujące.

Jak więc to zastąpić?
Po prostu leczenie. Niepłodność jest chorobą i nam szczęśliwie udało się z nią poradzić.




Powyższy wywiad  jest częścią projektu "Narodziny Matki" - rozmów o kobiecych emocjach podczas startu w macierzyństwo. 
Pomysł projektu, rozmowy i zdjęcia: Aleksandra Wilk-Przybysz
Więcej o projekcie: https://wilkprzybysz.blogspot.com/2019/02/narodziny-matki-o-projekcie.html
Pozostałe historie: https://wilkprzybysz.blogspot.com/search/label/Narodziny%20Matki

Chcesz wesprzeć projekt i przyczynić się do wydania książki "Narodziny Matki" ? Więcej informacji tutaj:
https://zrzutka.pl/88kaa7

#NarodzinyMatki #ProjektNarodzinyMatki
Chcesz wziąć udział w projekcie lub masz pytania, pisz: wilkprzybysz@gmail.com



marca 30, 2019 3 komentarze

Życie pisze różne scenariusze. Nie zawsze nowy etap życia rozpoczynamy z ekscytacją i radością. Często jest on pełen lęku i nerwów. Nie zawsze też nasz scenariusz zakłada komedię romantyczną – zamiast tego dba o to by było w nim pełno zwrotów akcji i suspensu. Jednak mimo wszystko zakończenie może być szczęśliwe. Poznajcie historię Basi.

Samotna mama czy samodzielna mama? Z którym określeniem bardziej się identyfikujesz?

Zdecydowanie samodzielna.

Jestem sama bo nie mam partnera, ale nie czuje się samotna. Po pierwsze nie mam na to czasu a po drugie mam Witka – a on skutecznie wypełnia mój czas, zajmuje moje myśli, emocje. W tej chwili to co mam mi wystarcza. Nigdy wcześniej nie czułam się tak dobrze jako kobieta. Nie wiem czy to chodzi o wiek czy doświadczenie które przyszło razem z rodzicielstwem ale nareszcie czuje się na swoim miejscu.

Mam teraz podobne odczucia – gdy miałam te 20 lat byłam wielu rzeczy niepewna. Teraz, 10 lat później i mając 3 dzieci, podejmuje bardziej świadome decyzje. Buduje szczere relacje, uczę się asertywności. Wiem czego chcę.

Ja nauczyłam się też walczyć o swoje. Zmienili mi w pracy godziny – miałam pracować od 10 do 18, jeśli doliczyć czas na dojazdy to nie widziałabym dziecka. Powiedziałam, że samodzielnie wychowuje dziecko i nie dam rady tak funkcjonować, muszę pogodzić pracę z przedszkolem i też mieć czas na bycie z synem. Okazało się, że nie było problemu aby przenieść mnie do innego oddziału gdzie nie tylko będę miała bardziej korzystne godziny pracy ale też bliżej do przedszkola. Parę lat wstecz nie miałabym odwagi aby nawet zasugerować zmianę – raczej kombinowałabym tak aby nagiąć siebie pod decyzję innych.

Cudownie, że udało się to załatwić. Dzięki temu masz też więcej czasu dla synka, a ten czas gdy dzieci są małe leci zdecydowanie zbyt szybko.

Spędziłam z nim 3 lata i w momencie gdy ja wracałam do pracy a on szedł do przedszkola to czułam że coś tracę.

Doskonale rozumiem to uczucie. Jednocześnie jednak mało która samotna mama ma szansę aby być tak długo z dzieckiem.

U nas ten czas razem był długi ze względu na jego chorobę. Tak więc przez nią ale i dzięki niej mogłam być przy nim w najfajniejszych momentach. Gdy przyszła zeszła jesień bałam się, że teraz te najfajniejsze chwile będą obserwować ciocie w przedszkolu a nie ja.


To zdecydowanie jest trudne gdy pisklaki wylatują nam z gniazda i nie tylko my zaczynamy spędzać z nimi czas i mieć na nie wpływ.

Do tego dochodził u mnie fakt, że jestem z nim tylko w co drugi weekend. Uciekło nam więc dużo wspólnego czasu. Cieszy mnie jednak perspektywa naszego tygodniowego wyjazdu. Uwielbiam pokazywać mu świat, obserwować gdy on widzi coś po raz pierwszy.

Dzieci fantastycznie uczą nas innego spojrzenia na rzeczywistość. Coś, co dla nas jest takie zwykłe, na co nie zwracamy uwagi dla nich bywa wyjątkowe. Uczymy się na nowo cieszyć tym, co nas otacza.

Uwielbiam gdy Witek wstaje i woła „Mamo! Patrz! Dzień! Słonko świeci!”. On niewinnie cieszy się z nowego dnia podczas gdy ja gonie w jakimś szaleńczym pędzie. Pyta też wieczorem: „Mamo, a czy jutro też będzie dzień?”. Wspaniała jest ta dziecięca radość z codzienności. Dzięki niemu zaczynam coraz więcej zauważać.

Dość dużo czasu spędziliście w szpitalu.
Jeśli byśmy podsumowali nasze pobyty to spędziliśmy tam 1,5 roku.
Połowa jego życia.
Dokładnie tak.  Połowa życia na oddziale.
Byliście tam ograniczeni jeśli chodzi o aktywność.
Starałam się i tak naginać troszkę sytuacje bo za punkt honoru postawiłam sobie to, aby to dzieciństwo było wspaniałe, drugiego przecież nie będzie miał. W szpitalu zaklinałam tę rzeczywistość tak aby było bardziej wesoło. Codziennie pytałam czy możemy wyjść na dwór na spacer do lasu lub na plac zabaw. Gdy nie mogliśmy wychodzić Witek biegał po szpitalnym korytarzu z wózkiem pielęgniarskim a ja biegałam za nim z tymi wszystkimi rurkami i kroplówkami. Chciałam aby miał przestrzeń do beztroski nawet w tej ciężkiej sytuacji. 
Czujesz, że coś go ominęło?
Nie. Mam czasem nawet wrażenie, że miał mnie i tych aktywności więcej niż miałby normalnie. Byłam z nim na 100%. Więc przy tej chorobie coś było nam zabrane ale też coś dodane.

Szpital był pewnie niemal jak drugi dom?
Oswoiliśmy to miejsce na tyle na ile się dało. Brałam z domu nasze ulubione pościele i kocyki, zabawki i milion innych rzeczy. Chciałam aby miał tam swoje ciepłe i bezpieczne miejsce. Jednak za każdym razem jak przyjmowali nas na oddział przeżywaliśmy dramat. Wiedział, że będzie ból, wenflony. Wiadomo, że się bał. Mimo tego zawsze podczas pobytu w Centrum Zdrowia Dziecka dało się odczuć, że mały pacjent jest najważniejszy. A i ja jako mama byłam zawsze doinformowana, otoczona życzliwą opieką, czułam, że lekarze mają dla nas czas i serce.
Pamiętam gdy po ostatniej operacji wzięłam syna na ręce. 2 doba. Nie dałam już rady stać nad nim pochylona aby mnie czuł i czuł się bezpieczny, on też potrzebował się przytulić. Podnoszenie go po tej operacji było totalnie wbrew zasadom. Pozwolili mi na to, prosili po prostu by uważać na aparaturę. Syn poczuł się od razu lepiej i to było ważniejsze, a nie procedury.
To jest piękne! Wiadomo, że dziecko gdy będzie czuło bliskość i wsparcie będzie też lepiej się regenerować.
Pielęgniarka tydzień po tej operacji gdy Witek już czuł się lepiej przyszła do mnie i zapytała: „Wie Pani, że to Pani go wyleczyła?”. Miód na serce. 
Co Ci pomagało w tym czasie?
Inne mamy na oddziale. Każda w swoim poczuciu zadaniowości myśli nie tylko o sobie i swoim dziecku ale też o innych wokół, wspaniała sprawa. Taka wspólnota. Jedna zrobi kawę, inna pomoże przy zakupach, jeszcze inna przypilnuje dziecka gdy Ty chcesz skoczyć pod prysznic. To wsparcie jest nieocenione. 
Razem z tymi mamami przeżyłyście najcięższe chwile i byłyście dla siebie ostoją.
I dlatego nadal mamy kontakt. To wyjątkowa więź, rozumiemy swoje problemy. Mamy zdrowych dzieci nie są w stanie zrozumieć niektórych naszych obaw czy rozterek, choć to nie wynika ze złej woli. Po prostu one nie musiały być przy swoich dzieciach i kibicować im kiedy ktoś robił im krzywdę. Dla zdrowia dziecka ale ktoś przy nas i za naszą zgodą sprawiał im ból przy badaniach czy różnych procedurach medycznych. To bardzo trudne.  Całe to macierzyństwo przy chorym dziecku jest takie inne.
Dlatego też nie porównuje syna ze zdrowymi dziećmi. Wiem, jak na niego wpłynęła ta choroba zarówno fizycznie jak i psychicznie. Do tego fakt, że nie jesteśmy z jego tatą razem.
Miałaś wyrzuty sumienia?
Jasne. Miewam nadal. Mały człowiek nie dość, że tyle przeżył to my dołożyliśmy do tego naszym rozstaniem. Jednak tłumaczę sobie to tak, że wybrane zostało mniejsze zło. Rozstaliśmy się rok po narodzinach syna.
Nie chciałaś walczyć o ten związek?
Nie było o co. I po czasie wiem, że to była dobra decyzja. Każde z nas ma swoje życie a syn jest naszym wspólnym punktem. To wystarczy.
Teraz Ty jesteś szczęśliwa a mówi się, że dziecko jest kalką rodzica. I szczęśliwa mama to szczęśliwe dziecko.
I widzę Witka który kocha ludzi, jest przeszczęśliwym człowiekiem. Więc zdecydowanie to działa. 
Jak czujesz, że jesteś odbierana społecznie jako samodzielna mama?
Zwykle na wstępnie spotykam się z tym, że ktoś mówi „Ale Ci ciężko, jesteś sama..”, ale gdy poznają mnie bliżej są w szoku, że tak wszystko sprawnie ogarniam. Od września ja poszłam do pracy a syn do przedszkola, wtedy zaczęła się logistyka na wyższym poziomie. Poza rynkiem pracy byłam ponad 4 lata. Pracę znalazłam w 5 dni. 
Tak miało być, wierzę w to.
Ja tak samo. W zeszłe wakacje mieliśmy taki szalony i stresujący czas. Witkowi nie przedłużono orzeczenia o niepełnosprawności.
Uzdrowili go?
Tak, na papierze, magicznie. Wiesz – ma dwie ręce, dwie nogi sprawne. To, że nie ma jednego jelita czyli jednego narządu bardzo ważnego – to nic. Przecież biega, oddycha, jest fajnym i wesołym chłopcem…
Jego niepełnosprawności nie widać na zewnątrz.
Tak. W komisji uznali więc, że jej nie ma.
Z czym wiązało się to dla Was?
Z dnia na dzień cofnięto mi zasiłek 1500 zł. Byłam bez pracy. Do tego doszła informacja, że prawdopodobnie musimy opuścić dotychczas wynajmowane mieszkanie i poszukać nowego. Życie wywrócone z dnia na dzień do góry nogami.
Dużo na raz i w dodatku na jedną osobę.
Dokładnie. Wprawdzie dostaje alimenty jednak wystarczają one na pokrycie kosztów mieszkania. A tu nagle zostaliśmy bez pieniędzy na leczenie, na życie. Może to głupio brzmi ale mój syn jest moim talizmanem szczęścia. Od czasu gdy się pojawił nawet jak mi się wydaje, że jest strasznie źle to wszystko samo się układa. I tym razem też nam się ułożyło.
Dostajesz jakieś złote rady od innych? 
Nie dość, że jestem samotną mamą to jestem mamą dziecka chorego, więc raczej nikt nie ma do tego odwagi. 
Jak znajdujesz czas dla siebie w tym wszystkim? 
Co drugi weekend mam ten czas kiedy mogę na spokojnie posprzątać, zrobić coś na co nie mam czasu na co dzień. A tak to mam dla siebie te dwie godziny wieczorem gdy syn śpi i zanim ja sama usnę. Czasem przychodzą wtedy koleżanki aby posiedzieć, pogadać. 
Czyli nie narzekasz na brak życia towarzyskiego?
Zdecydowanie nie. Dodatkowo po tym całym pędzie lubię często pobyć sama w ciszy, nie włączam nawet wtedy telewizora czy muzyki. 
Kładę go wieczorem spać, przytulam go do snu, czytam mu bajkę i wiem, że jestem w tym miejscu w którym chcę być. Nie potrzebuję fajerwerków w życiu bo jest ten mały człowiek przytulony do mnie. Sama wiesz – za kilka lat nie będziemy już tak ważne w ich życiu jak jesteśmy teraz.
Na czym najbardziej Ci zależy? Na czym skupiasz się jako mama w jego wychowaniu?
Chciałabym aby mój syn był szczęśliwy i potrafił cieszyć się z małych rzeczy. I chyba to mi wychodzi, bo widzę że nie potrzebuje zabawek, ma ogromną radość ze zbierania szyszek, kamieni. Cieszy się z codzienności. A gdy widzę, że potrafi docenić drobne rzeczy to wiem, że doceni też ludzi i będzie potrafił budować dobre i szczere relacje. 
Nie staram się mu zastępować taty, nie chcę być mamą i tatą w jednym. Pokazuje mu swoje słabości, nie ukrywam, że czegoś nie umiem. 



Bardzo słusznie. Życie to nie Instagram. Ważne, żeby dziecko widziało w rodzicu nie tylko super bohatera ale przede wszystkim człowieka ze wszystkimi emocjami. Pamiętam jak dla mnie przełomowe było to, że pozwoliłam sobie na otwartą słabość przy dziecku.
Mi też to się zdarza i widzę jego reakcje. Działa. On uczy się tego, że określone sytuacje powodują dane emocje, a to niezwykle cenne.
Trudna rola to bycie matką.
Wiedziałam, że bycie rodzicem jest piękne ale bywa nie łatwe. Obserwowałam moją siostrę. Widziałam zarwane noce, słyszałam o problemach. Ale nie spodziewałam się, że będzie to aż takim wyzwaniem. Wtedy byłam tylko czyjąś ciocią, nie miałam tej ogromnej odpowiedzialności która jest teraz na moich barkach. Do tego wszystkiego syn urodził się przedwcześnie, chwilę później dostaliśmy diagnozę. Nie miałam kiedy się do tego wszystkiego przygotować.
Szok.

Zawalił mi się Świat. Nie było pewności czy on przeżyje. Dopiero go poznałam a już było ryzyko, że mi go los zabierze. Znaliśmy się 3 dni a ja już nie wyobrażałam sobie tego, że mogłabym żyć bez niego.
Potem miałam jeszcze gorsze momenty. Przeprowadziłam się do Warszawy miesiąc przed narodzinami Witka. Nie miałam tu nikogo – znajomych ani rodziny. Chorego dziecka nie włożysz w wózeczek i nie pójdziesz na spacer. Nie pojedziesz też na żadne spotkanie mam czy zajęcia dla niemowląt aby wyrwać się z domu. Większość czasu spędziliśmy w szpitalu a jak już zdarzyło nam się być w domu to musieliśmy unikać ludzi, skupisk bakterii.

Taka samotność może być przytłaczająca.
Strasznie to przeżyłam. Nie oglądałam telewizji, nie czytałam gazet. Nie chciałam patrzeć na uśmiechniętych ludzi. Jakim prawem oni się uśmiechali skoro moje dziecko było chore i mój świat rozwalał się na drobne kawałki? Wydawało mi się, że już nigdy nie będę szczęśliwa bo ta choroba tak mocno zdeterminuje nasze życie. Miałam nawet taki moment, że mi się wydawało, że nie kocham mojego syna.


Okrutne emocje, ale jednocześnie tak częste.
Z jednej strony wiedziałam, że on mnie bardzo potrzebuje ale z drugiej strony chciałam po prostu uciec. Trafiłam do cudownej pani psycholog. Zadała mi pytanie którym zmieniła wszystko: „Basia, wyobraź sobie, że Witek ma kilka lat. Potrafi już mówić. Przybiega do Ciebie i rzuca Ci się na szyję. Co mu powiesz na ucho?”
Bez zastanowienia odpowiedziałam „Kocham Cię, Witku”.

Uświadomiłam sobie wtedy że to nie jego nie kocham tylko tej choroby. Nienawidzę jej a Witka kocham najbardziej na świecie. Pogodzić te dwie sprawy przy tym małym człowieku…Cholernie trudne.

Fajny sposób, kradnę go. Dla siebie i bliskich mam. Nawet nie wiesz jak często by się przydał.
Koniecznie! Jedno małe pytanie a ułożyło mi wszystko w głowie. Wyszłam z tego spotkania jak oświecona. Dotarło do mnie, że przecież ja go tak mocno kocham! Jednak w obliczu trudnych emocji łatwo było przeoczyć nawet coś tak ogromnego.

Jaka jesteś jako mama?
Silna z zewnątrz a co w środku to tylko ja wiem. 
Dostosowałam się do sytuacji. Nie lubię jak ktoś mówi, że świetnie sobie radzę. Muszę sobie radzić. Nikt za mnie tego nie zrobi. Nie położę się na kanapie i nie wezmę urlopu od bycia mamą. Mimo wszelkich przeciwności staram się aby moje dziecko było szczęśliwe i radosne.

A największy trud w tym wszystkim to…
Wprawdzie mówiłam, że nie czuje się samotna ale paradoksalnie to bycie samodzielną jest największym wyzwaniem. Gdy wracam z pracy wszystkie czynności są na mojej głowie. Gdy o czymś zapomnę to nie wyskoczę przecież sama do sklepu.

Co jest dla Ciebie najważniejsze przy wychowaniu dziecka po Waszym rozstaniu?
Szacunek. Nie musimy się kochać ale kochamy nasze dziecko. 
Gdy dorosły człowiek się z kimś rozstaje najchętniej wykreśliłby tę drugą osobę ze swojego życia. Jednak tu jest też dziecko które potrzebuje tego drugiego rodzica. Czemu on miałby odpowiadać za nasze niezgranie się? Postawiłam syna ponad to. On nas kocha – oboje. A my chcemy być dla niego wartościowymi rodzicami. Ja staram się być najlepszą mamą jaką mogę być. Jego tata też chce być dla niego kimś wartościowym a nie weekendową rozrywką. Szanuję to i szanuję uczucia syna. To, że ja nie kocham jego taty nie oznacza, że oni nie mają prawa do wzajemnej miłości. Byłaby to krzywda dla dziecka.
 A dla niego oboje chcemy jak najlepiej.





Powyższy wywiad  jest częścią projektu "Narodziny Matki" - rozmów o kobiecych emocjach podczas startu w macierzyństwo. 
Pomysł projektu, rozmowy i zdjęcia: Aleksandra Wilk-Przybysz
Więcej o projekcie: https://wilkprzybysz.blogspot.com/2019/02/narodziny-matki-o-projekcie.html


Pozostałe historie: https://wilkprzybysz.blogspot.com/search/label/Narodziny%20Matki

Chcesz wesprzeć projekt i przyczynić się do wydania książki "Narodziny Matki" ? Więcej informacji tutaj:

https://zrzutka.pl/88kaa7

#NarodzinyMatki #ProjektNarodzinyMatki
Chcesz wziąć udział w projekcie lub masz pytania, pisz: wilkprzybysz@gmail.com



marca 24, 2019 1 komentarze

Nie ma wątpliwości co do tego, że macierzyństwo nas zmienia. Nasze życie ma szansę wywrócić się do góry nogami. Często my same bywamy zaskoczone tym, jak inaczej poukładały się nasze priorytety i z jak nowymi wyzwaniami przyszło nam się zmierzyć. Z miłości do dziecka i lęku o jego zdrowie i życie możemy otrzymać motywację i siłę do stworzenia przestrzeni która pomoże nie jednemu a setkom dzieci. I o tym właśnie jest ta historia…
Podczas pobytu w Łodzi odwiedziłam Cukinię- Centrum Terapii i Pomocy Dziecku i Jego Rodzinie oraz siedzibę Fundacji Gajusz. Po tych niezwykłych miejscach oprowadziła mnie Tisa Żawrocka-Kwiatkowska, mama 4 dzieci i prezes Zarządu Fundacji Gajusz


To ogromne i w dodatku prześliczne wnętrze, jest tu tak ciepło i domowo.
Mamy tu teraz końcówkę remontu. Fakt – jest to duża przestrzeń, ale przychodzi tu wielu ludzi. Niektórzy z dnia na dzień znajdują się w sytuacji, którą trudno się kontroluje. Do tego są tu tacy ludzie, którym my w ogóle nie możemy kojarzyć z niczym w rodzaju urzędu. Robiliśmy więc wszystko, aby poza tym ciepłem było tu też po prostu ładnie. Może jeszcze to nie wygląda docelowo, ale będzie tu przepięknie.

Łatwiej się otworzyć w takiej przestrzeni.
Trafiają do nas dzieci, które bardzo dużo już przeszły. Są wśród nich ofiary gwałtu, świadkowie zabójstw. Dzieci porzucone z dnia na dzień przez rodziców. Chcemy im dać komunikat, że zasługują teraz na to co najlepsze. Włożyliśmy w to całe swoje serce.



To widać, w każdym kącie pełno piękna i miłości. Kto to wszystko projektuje?
Robię to wspólnie z koleżanką. To moja odskocznia od codziennego dramatu.
Tu masz cudowną sprawę. Nie mogę opowiedzieć Ci zbyt wielu szczegółów, ale mamy takie dziecko z iście Hiobową historią. Wszyscy go krzywdzili, zachorował na raka, został porzucony. Dostał u nas opiekę i terapię. W dowód wdzięczności zrobił dla dzieci ten domek. I wiesz co? Tu w Cukinii mamy kilka domków dla lalek, ale ten ma wyjątkową energię. To nim dzieci bawią się najchętniej.



Podobno przedmioty niosą ze sobą energię od osoby, która je daje.
I ja w to wierzę.

Skąd nazwa Cukinia?
Pochodzi od filmu „Nazywam się Cukinia”. To film, który pozwala i pomaga dorosłym porozmawiać z dziećmi na tematy skrajnie trudne i pokazuje, że nadzieja umiera ostatnia, a najważniejsza w życiu jest tylko miłość.


To miejsce jest odnogą Fundacji Gajusz – tu zajmujecie się pomocą terapeutyczną dla dzieci i rodzin. Jak taka praca wygląda?
Od spotkań z psychologiem, neurologopedą i terapeutami po różne wydarzenia jak spełnianie marzeń chorych czy skrzywdzonych dzieci. Mamy też bardzo ważny projekt dla rodzeństw w żałobie i rodzeństw dzieci chorych.

O nich często się zapomina przy tragedii choroby lub śmierci innego dziecka.
Tak, i może pomoc im nie brzmi tak spektakularnie, ale jest niezwykle ważna. Rodziców nie ma co obwiniać o to, że nie dają rady, aby zapewnić tym dzieciom należytej uwagi, bo w momencie gdy jedno z dzieci jest ciężko chore, to wchodzi się w inny tryb działania. Przerabiałam to i wiem, jak to wygląda. Gdy Gajusz zachorował córka miała 6 lat, a syn 4 lata. Dzieci nagle były przerzucane w różne miejsca między rodziną, krewnymi. To nie było normalne, beztroskie dzieciństwo.
Ważne jest też, aby pracować z rodzicami i pomóc im wspierać pozostałe dzieci w trudnej dla całej rodziny sytuacji. Jest wiele rzeczy, na które warto zwrócić im uwagę, o których często się nie myśli.
Na przykład?
Jeżeli lekarz mówi, że diagnoza jest zła, to lepiej nie opowiadać pozostałym dzieciom, że na pewno wszystko będzie dobrze. Możemy wtedy mówić: „Mam nadzieję, że będzie dobrze” czy „ja i lekarze robimy wszystko co w naszej mocy, aby pomóc”, ale nie wolno kłamać i mówić, że zakończenie z pewnością będzie szczęśliwe. Tego nigdy nie wiemy.



Poza pracą terapeutyczną zajmujecie się też po prostu takim wspieraniem dzieciństwa, po prostu.

Tak. Wczoraj był bal przebierańców dla rodzeństw. Robimy dużo tego typu wydarzeń. Chcemy, aby te dzieci poczuły, że mimo sytuacji w jakiej się znalazły, mają prawo do zabawy i radości.

To niezwykle ważne. Mam wrażenie, że dzieci, które znajdują się w obliczu takiej sytuacji dorośleją zbyt szybko, są rzucane na głęboką wodę dorosłości.
Pamiętam, jak jedna dziewczynka powiedziała do wolontariuszki: „Wiesz, ja jestem już pogodzona z tym, że moje życie się zacznie jak mój brat umrze”.

Boże.
Konkretnie, prawda? Ale ona nie miała o to żalu, że jest w takiej sytuacji. Jednak było to dziecko, które dźwigało ciężar, z jakim często nie radzą sobie dorośli. I ten ciężar to nie jest coś, co kształtuje dziecko w sposób prawidłowy. Dziecko ma prawo być po prostu dzieckiem, słabszym od dorosłych.

Tworząc to miejsce zrobiłaś coś, na co niewiele osób znalazłoby odwagę.
Te tematy same przychodziły do mnie. Niczego nie wymyśliłam sama. Po prostu wydarzały się sytuacje, bardzo dramatyczne, a ja jestem zadaniowcem. 
Jak to się zaczęło?
Wszystko było dobrze. To było kolejne, trzecie dziecko. Chłop 4 kilogramy, 10 punktów w skali Apgar.
Wybierałam się do przyjaciółki na kilka dni, jednak przed wyjazdem zaniepokoiło mnie to, że syn zaczął krztusić się przy jedzeniu. Postanowiłam przed wyjazdem pojechać na izbę przyjęć, aby ktoś go obejrzał. Pamiętam, że dopiero po jakimś dłuższym czasie spędzonym w gabinecie dotarło do mnie, że gdy pielęgniarka dzwoniła po lekarza i mówiła „mam tu dziecko w bardzo ciężkim stanie”, to mówiła o moim synu.

Nie brałaś pod uwagę, że może Was dotyczyć jakaś poważna choroba?
Zupełnie.

I nagle wszystkie plany się zmieniły.
Stan zdrowia syna ciągle się pogarszał. I to takie symboliczne dla mnie, ale ostateczną diagnozę dostaliśmy w Wigilię.  Później kwalifikowali go do przeszczepu szpiku i wszyscy mówili nam, jak to wspaniale, że on ma dwoje rodzeństwa. Nie było jednak zgodności.  To było ponad 20 lat temu, nie robiono wtedy przeszczepów od dawców niespokrewnionych. Lekarze zasugerowali, że powinnam porozmawiać z rodzeństwem Gajusza i przygotowywać ich na to, co się stanie.

Na jego odejście?
Tak. Sugerowali, że to ten czas, abym zajęła się tymi pozostałymi dziećmi, bo już nic nie możemy zrobić. Byłam wściekła. Teraz już wiem, że to była normalna i szczera rozmowa, ale wtedy uważałam, że są po prostu okrutni.

To musi być ogromna złość i strach, że ktoś stawia krzyżyk na dziecku, które przecież jest obok Ciebie i żyje, walczy.
Jednak wyniki były coraz gorsze i z czasem zaczęło do mnie docierać, że lekarze mogą mieć rację.

I co wtedy zrobiłaś?
Zamiast rozmawiać z dziećmi pomyślałam o założeniu fundacji.

Skąd w takim momencie motywacja do działania w tym kierunku?
Zbiegło się to z tym, że tuż przed Wigilią doszła do mnie bardzo przykra informacja. Dziewczynka z domu dziecka – Paulinka – którą podczas pobytu z synem w szpitalu widziałam na sali obok, przez szybę, zmarła na białaczkę. Nie było przy niej nikogo, kto by dał jej ciepło, miłość i wsparcie. 
Umarła samotnie?
Niestety. A ja nic nie mogłam zrobić. Dla kogoś kto ma chorobę kontroli i zawsze ma poczucie, że musi sprostać zadaniu to jest po prostu makabra. Obiecałam sobie, że jeśli Gajusz wyzdrowieje to stworzę Fundacje aby nigdy więcej żadne dziecko takie jak ta Paulinka nie doświadczyło takiej samotności. To było pierwsze założenie , potem cała działalność się rozrosła.



Zanim zostałaś matką myślałaś o tym, że będziesz pracować w ten sposób?
Nigdy nie zastanawiałam się nad żadną działalnością charytatywną. Byłam wygodną matką trójki dzieci, miałam dom na wsi, sad…

I zupełnie inne plany na przyszłość?
Zupełnie. Zamierzałam pracować w kinie.

A tymczasem pracujesz pomagając innym. Na dodatek jeździsz z punktu do punktu, jesteś w biegu – taka praca na kilka etatów.
Uczciwie rzecz ujmując pewnie na półtora etatu. Teraz, gdy moje dzieci są duże, mogę sobie na to pozwolić. Wcześniej było dużo trudniej. Gdy działo się coś nieprzewidzianego, to zawsze płaciły za to moje dzieci. Praca zawodowa zawsze niesie jakieś konsekwencje dla rodziny, przed tym nie da się uciec.

Nie łatwo jest o tym mówić. Jednak prawda jest taka, ze zawsze coś dzieje się kosztem czegoś i nie możemy być idealne na każdej płaszczyźnie życia.
I nie mówię, że zrobiłam źle.
...stworzyłaś coś absolutnie pięknego.
Tak, ale jednocześnie dla moich dzieci nie było to idealne życie.

W budynku, w którym się teraz znajdujemy jest Pałac – hospicjum dla dzieci. Mieści się tu też  ośrodek preadopcyjny TuliLuli a także pomieszczenia hospicjum domowego. Co jeszcze? 
Mamy też sale dla studentów. Jesteśmy częścią uniwersytetu medycznego.

Uczycie empatii?
Studenci dostają tu sporą dawkę wiedzy. Uczymy ich technik komunikacyjnych, które sprawią, że ta trauma rodzica będzie mniejsza niż mogłaby być. Do tego uczymy ich o tym, że w stresie często rodzic wielu rzeczy nie pamięta. Lekarz irytuje się, że powtarza coś, a matka wciąż zadaje te same pytania. Jednak nasz mózg tak funkcjonuje, że w stresie funkcje poznawcze są na bardzo niskim poziomie.

Czy to, że prowadzicie takie zajęcia wynika z tego, co Ty przeszłaś jako mama i czego brakowało Ci wtedy, gdy Gajusz chorował?
Wtedy lekarze informowali o sytuacji i podawali same suche fakty. Nie było psychologa. Wiadomym jest, że trzeba przekazać konkretne informacje, jednak ważne jest też to, by pojawiło się wraz z tym wsparcie. Te ciężkie informacje trzeba jakoś przetrawić.

Jakie były początki?
Zaczynałam w trzydziestometrowej piwniczce. Bez żadnych pieniędzy, bez żadnej wiedzy. Pomogli mi lekarze ze szpitala na Spornej, obiecali mi, że wszystkiego mnie nauczą. Teraz mamy 2 tysiące metrów tu w Pałacu, w Cukinii 330 metrów. Pod naszą opieką jest ponad 400 dzieci. 
Pamiętam jesień 2012 roku. Mieliśmy bardzo trudną sytuację finansową. Dochody z 1% były całkiem niezłe, jednak większość szła na pokrycie ogromnych kosztów domowego hospicjum. Mieliśmy dziurę budżetową. Przejęcie budynku od miasta i jego remont był ogromną szansą, ale nie mieliśmy absolutnie żadnych środków. Pamiętam taką rozmowę, gdy padły słowa niemal jak w Ziemi Obiecanej – ja nie mam nic, ty nie masz nic, ona nie ma nic. Razem wybudujemy Pałac.
Zaczęliśmy starać się o dofinansowanie od prywatnego sponsora. I w tym czasie ciężarówka potrąciła mojego syna na przejściu dla pieszych na tyle poważnie, że wychodził z tego dwa lata. Zajęłam się dbaniem o dziecko, cud że przeżył. Byłam fizycznie i psychicznie zmęczona. Próbowałam godzić tę sytuację z pracą. I nagle telefon: dostajemy milion euro na trzy lata działalności hospicjum. I warunek: musimy się nauczyć prowadzić Fundację i pozyskiwać środki w taki sposób, abyśmy nigdy nie znaleźli się już w ciężkiej sytuacji. Znów wyszło dla nas słońce. 



Myślałaś kiedyś o tym, aby to wszystko rzucić?
Nie. Myślałam tylko, że to rzuci mnie. Chwilami było bardzo, bardzo ciężko.

Nie dość, że Ty jako mama przeszłaś dużo, to teraz przeżywasz wiele tragedii razem z rodzicami i dziećmi, którym pomagacie.
Człowiek próbuje się dystansować, bo trudno by było przeżyć 30 śmierci pod rząd. Jednak zawsze część emocji zostaje, to nie jest tak, że tego nie ma.

Robicie coś, co dla większości ludzi jest niewyobrażalnie trudne emocjonalnie. Ludzie często uciekają od takich tematów bojąc się, że to ich przytłoczy. Wy bierzecie to wszystko na klatę.
Jednak taka praca też jest frajdą. Taki egoizm z wyższej półki – robisz coś dobrego, ale też masz też z tego ogromną satysfakcję. Masz poczucie, że jesteś dla kogoś całym światem. To wielkie zobowiązanie, ale pokaż mi człowieka, który nie byłby z tego dumny.

Chciałabym wrócić do Ciebie i Waszej historii. Widziałam zdjęcie – Twoje i małego Gajusza. Czym ono dla Ciebie jest?
Z całego okresu  jego choroby jest to jego jedyne zdjęcie. Nie miałam wtedy zupełnie do tego głowy. To zdjęcie zrobił jakiś lekarz stażysta z oddziału, niestety nie pamiętam kto. Bardzo chciałabym go odnaleźć i mu za to podziękować.
(Zdjęcie pochodzi z prywatnego albumu Tisy)

Niby to taka trywialna rzecz – fotografia - ale znaczy wiele. Teraz my staramy się dokumentować powitania i pożegnania. To jest czasami kilka minut, aby rodzina miała zdjęcia z żywym dzieckiem. Ważne jest, aby zatrzymać te chwile.

Domyślam się, że takie zdjęcia czasem są jedyną pamiątką po dziecku. To ogromnie ważny kawałek historii rodziny.
Pamiętam jak jedna Pani przysyłała mi zdjęcia rysunków – portretów swojego dziecka. Syn, Henio,  umarł w jej ramionach. Nikt wtedy nie pomyślał o zrobieniu zdjęcia i ona próbowała sobie go przypomnieć, przez rok nieustannie go rysowała. Portrety małego Henia mają ogromną moc. Dla niej były pewnie równie ważne, jak  to jedno zdjęcie dla mnie. Najważniejsze.

Czym dla Ciebie jest macierzyństwo?
Moje dzieci nauczyły mnie wszystkiego, co w życiu człowieka jest ważne. Tego, co oznacza rezygnacja -  w sposób świadomy i nienegatywny - z siebie dla drugiej osoby. Nauczyły mnie odpowiedzialności. Początkowo byłam przytłoczona. Nagle powierzono mi coś tak kruchego… Trzy kilo. Córka. I teraz, od tego momentu wszystko zależało ode mnie. Choć może inaczej: bardzo dużo zależało ode mnie, nie wszystko. Dzieci uczą też pięknego i zupełnie innego spojrzenia na rzeczywistość. Nie zapomnę, gdy wyszła mi taka wielka krosta na czole, a córka powiedziała mi, że wyglądam jak hinduska księżniczka.

Twoje dzieci są już dorosłe, zostałaś też babcią. Jak zmienia się to bycie mamą na przestrzeni lat?
Na początku wszystko – choć trudne – jest też piękne. To małe ciałko, dotyk, ufność. Potem jesteś mamą nastolatka i to macierzyństwo jest jak wejście na Mount Everest. Idziesz przez to z ogromnym trudem, jesteś brudna i spocona. Boisz się, że Ci się nie uda. Masz problemy z oddychaniem.

A jak dojdziesz na szczyt?
To masz poczucie, że zdobyłaś największy skarb. 

Jak bycie mamą pomaga w pracy takiej jak Twoja?
Mam wiele zachowań i scenariuszy przećwiczonych na własnych dzieciach. Drugi syn, Juliusz, oprócz wypadku o którym Ci wspomniałam miał jeszcze 4 inne. Był też alergikiem, bywały sytuacje, gdy dusił się, musiałam nauczyć się szybko reagować i robić zastrzyki. Wielokrotnie przeżyliśmy bezpośrednie zagrożenie życia.  Przez to wszystko, co przeszłam, wiedziałam, czego potrzeba rodzicowi w takiej sytuacji i czego też należy unikać, przećwiczyłam to na własnej skórze. Możesz mieć wielu niezwykłych specjalistów, którzy pomagają choćby w hospicjum perinatalnym, jednak gdy przychodzi co do czego, to Ci rodzice najmocniej ufają innym rodzicom, którzy przeszli przez to samo.

I to jest to, w co ja tak mocno wierzę i co jest dla mnie ważne przy tym projekcie. Fakt, że największa wiedza dotycząca rodzicielstwa siedzi nie w książkach, tabelach czy poradnikach, ale w wymianie doświadczeń miedzy kobietami. 
Pamiętam jak jedna z mam powiedziała mi: „W życiu nigdy nie wiadomo, jak będzie, ale niech pani innym matkom powie, że jedno jest pewne: miłość będzie silniejsza niż strach”.

Jaką Ty jesteś mamą?
Myślę, że moje dzieci zawsze mogły na mnie liczyć, chyba też nigdy ich nie zawiodłam. Zawiodłam jednak siebie, że przez prace byłam częściowo nieobecna.
Dziś wiem, że mogłam ciut lepiej gospodarować czasem a każdą zaoszczędzoną minutę oddałabym moim dzieciom. I jak mnie ktoś pyta, skąd ja brałam na to wszystko siłę, to odpowiedź jest prosta – z miłości do nich.

Nie ma większej motywacji.
Nieprzytomnie kocham swoje dzieci. Gdy były takie momenty, gdy wydawałoby się, że nic by mnie z łózka nie podniosło – byłam wykończona fizycznie i psychicznie, to przychodziła taka refleksja: a gdyby chodziło na przykład o moją Basię? Dla niej bym wstała. I wstawałam.

A gdybyś miała jedną jedyną radę dla rodziców, którzy oczekują dziecka- co byś im powiedziała?
Aby byli blisko, po prostu. I teraz mówię jako dorosła pani i matka dorosłych dzieci: Nic, żadna praca, żaden sukces, żaden Order Uśmiechu, żadna nagroda nie była więcej dla mnie warta niż fakt, że urodziłam i wychowałam czwórkę dzieci. Z tego jestem najbardziej dumna.  
I nawet ten hałas, wspólne obiady i bałagan w kuchni – to było najbardziej cenne. 





Powyższy wywiad  jest częścią projektu "Narodziny Matki" - rozmów o kobiecych emocjach podczas startu w macierzyństwo. 
Pomysł projektu, rozmowy i zdjęcia: Aleksandra Wilk-Przybysz
Więcej o projekcie: https://wilkprzybysz.blogspot.com/2019/02/narodziny-matki-o-projekcie.html
Pozostałe historie: https://wilkprzybysz.blogspot.com/search/label/Narodziny%20Matki

Chcesz wesprzeć projekt i przyczynić się do wydania książki "Narodziny Matki" ? Więcej informacji tutaj:

https://zrzutka.pl/88kaa7

#NarodzinyMatki #ProjektNarodzinyMatki
Chcesz wziąć udział w projekcie lub masz pytania, pisz: wilkprzybysz@gmail.com
marca 16, 2019 No komentarze
Newer Posts
Older Posts

O mnie





Jestem mamą trójki najwspanialszych dzieci, żoną męża który wierzy we mnie mocniej niż ja sama. Pracuje z rodzicami maluszków towarzysząc im i wspierając w początkach rodzicielskiej drogi.
To właśnie zarówno moja życiowa rola mamy i żony jak i wykonywana praca zainspirowały mnie do stworzenia tego miejsca - przestrzeni, w której będzie miejsce na dyskusje na kobiece tematy, w której będę mogła dzielić się z Wami tym, co uważam za wartościowe.


Follow Us

Tagi

chustonoszenie chustowanie kangaroo carry kangur kangurek kieszonka Narodziny Matki nauka wiązania chusty tutorial wiązanie chusty

Ostatnie posty

Archiwum

  • ▼  2019 (13)
    • ►  maja (3)
    • ►  kwietnia (3)
    • ▼  marca (5)
      • [Narodziny Matki] Cz. 7 - Historia Marysi
      • [Narodziny Matki] Cz. 6 - Historia Basi
      • [Narodziny Matki] Cz. 5 - Historia Tisy
      • [Narodziny Matki] Cz. 4 - Historia Ani
      • [Narodziny Matki] Cz. 3 - Historia Mai
    • ►  lutego (2)
  • ►  2018 (2)
    • ►  lipca (1)
    • ►  maja (1)

Created with by ThemeXpose