facebook instagram
  • Strona główna
  • Życie
  • Rodzicielstwo
  • Chustonoszenie
  • Narodziny Matki
  • O mnie / kontakt

wilkprzybysz


Czy to jeszcze baby blues czy już depresja poporodowa? Trudne emocje na starcie nie są niczym wstydliwym ani rzadkim. Łatwo jednak w natłoku nowej codzienności zapomnieć o sobie i swoich emocjonalnych i energetycznych zasobach. Zapraszam Was dziś do zapoznania się z historią Kingi.



Opowiedz mi o swoim macierzyńskim starcie. Jaki wyglądał poród?

Planowałam dobry, spokojny i naturalny poród. Był 38 tydzień. Obudził mnie silny skurcz, pojawiło się krwawienie. Zamiast jechać do wybranego wcześniej szpitala pojechaliśmy po prostu do najbliższego, zostawiono mnie tam na obserwacje. Po południu zaczęłam rodzić. Tuż po porodzie gdy dostałam syna poczułam totalny szok. To już? I choć w ostatniej części porodu spanikowałam, nie wiedziałam co się dzieje to po chwili nie mogłam więc uwierzyć że już po wszystkim.

Tak obiektywnie ten poród nie był szczególnie traumatyczny, był taki przeciętny, ale ja chciałam pięknie, naturalnie i w ogóle och i ach, i miałam poczucie, że pierwsza rzecz w macierzyństwie od razu mi nie wyszła tak jak powinna. Byłam cały czas podłączona do KTG i kroplówki (nie wiem do dzisiaj, po co), rodziłam na leżąco z nacięciem krocza. Zawiodłam się sama na sobie, że nie umiałam jakoś bardziej dyskutować z personelem i walczyć o swoje prawa. Może mogłam mieć lepszy poród? Może byłby łatwiejszy dla mnie i dla Piotrusia? Może gdybym wywalczyła te słynne pozycje wertykalne, to nie miałby wylewu? Już wtedy, zaraz po porodzie, zaczęłam się wkręcać w poczucie winy.
Myślałam, że wyjdziemy dość szybko do domu. Po obchodzie pielęgniarka stwierdziła, że syn jest taki… rozdygotany.
Co to znaczyło?
Mówiła, że jest zbyt roztrzęsiony, że za mocno macha rączkami. Zrobiono mu dodatkowe badania, wyszło odwodnienie i za niski cukier. Bilirubina też nie była na prawidłowym poziomie, wynik był zbyt wysoki. Podano mu kroplówkę, położono pod lampy i wdrożono dokarmianie sztucznym pokarmem.
Przed porodem naczytałam się o karmieniu piersią, o znaczeniu karmienia naturalnego dla dziecka. Jednak gdy lekarz sugerował mi, ze musze dokarmić to poczułam, że nie mogę się o to wykłócać bo chodzi o zdrowie dziecka. Bałam się. 
Udało Ci się jednak docelowo zejść z dokarmiania?
Po dwóch tygodniach od porodu skontaktowaliśmy się z doradcą laktacyjnym i dość szybko udało się przejść na wyłączne karmienie piersią. Od początku jednak czułam się przytłoczona wszystkim.
Czym konkretnie?

Chyba najbardziej odpowiedzialnością. Tym, że teraz ten mały człowiek jest ode mnie zależny.

Chcieliście mieć dziecko?

Bardzo, jednak chyba nie do końca w danym momencie. Zaszłam w ciążę podczas ostatniego semestru studiów i to oznaczało, że wszystko nam się przedłuży w czasie jeśli chodzi o edukację. Teraz powtarzam rok. Wcześniej planowałam najpierw skończyć studia a dopiero starać się o dziecko. 
A gdy dowiedziałaś się, że jednak dziecko pojawi się wcześniej niż planowałaś?
Poczułam bunt. Nie chciałam tego teraz. Po czasie poczułam jednak radość, choć połączoną z obawami.

Poukładałaś sobie plan jak to będzie? Jak zorganizować sobie życie z małym dzieckiem aby dokończyć studia?
Taki plan dostałam od rodziców, zrobili go za mnie. Nie wyobrażali sobie, abym miała nie skończyć studiów czy je przerwać, zawiesić. Może mogłam się na coś nie zgodzić ale było mi głupio. Specjalnie brali urlop w pracy i dojeżdżali z Bydgoszczy do Warszawy aby zostać z Piotrusiem bym ja mogła wyjść na uczelnię. Czułam się więc zobowiązana aby chodzić na zajęcia.
To ogromne obciążenie i odpowiedzialność: dziecko, prowadzenie domu, studia. 
Pamiętam, że 1 października miałam spotkać się z promotorem mojej pracy licencjackiej. Szczerze powiedziawszy miałam nadzieję, że zacznę rodzić przed tym dniem bo nie czułam się gotowa na to spotkanie. Syn urodził się 1 października o 7 rano. 
To faktycznie udało Ci się! Jednak mimo tej jednorazowej sytuacji dość szybko wróciłaś do studiowania?
Dwa tygodnie po porodzie pojawiłam się na pierwszych zajęciach.
Rety, jeszcze w połogu. To musiało być bardzo trudne dla Ciebie i Twojego ciała. Jak się czułaś?
Wtedy jeszcze cały czas byłam chyba w poporodowym szoku, więc nie pamiętam tego jako fizycznej trudności. Było mi przykro, że muszę zostawić synka na tak długo. To był dodatkowo czas największych trudności z karmieniem piersią, syn był jeszcze wtedy dokarmiany. Byli tu jednak moi rodzice którzy się nim zajmowali.

Od razu rzucona byłaś w wir obowiązków szkolnych, opiekę przejęli dziadkowie. Trudno było znaleźć przestrzeń na budowanie relacji z nowonarodzonym dzieckiem gdy wokół jest było dużo ludzi a Ty miałaś mnóstwo dodatkowych obowiązków?
Ja byłam w tym wszystkim taka… z boku.
Miałam poczucie, że nie umiem się nim zająć. Do tego dochodziły początkowe problemy z karmieniem piersią. Ostatecznie z dokarmiania zeszłam ale na starcie miałam ogromne uczucie porażki, że moje dziecko dostaje butelkę. Czułam też, że nie umiem go dobrze ubrać, przewinąć. Wszyscy wszystko robili sprawniej i szybciej ode mnie.
Ta wprawa to kwestia praktyki i czasu. Nie ma co oczekiwać od siebie, że od pierwszych dni będziemy robić wszystko świetnie i ekspresowo.
Tak, ale to takie błędne koło. Początkowo wszyscy mnie wyręczali a z czasem sama go oddawałam, bo czułam, że inni wszystko zrobią coś lepiej i szybciej ode mnie. Ja zaczęłam czuć się taka…
…jaka?

Mało kompetentna w każdej około rodzicielskiej kwestii.


Pamiętam jak przed naszym spotkaniem wspominałaś, że bywają takie dni, że masz ochotę zamknąć się w pokoju i płakać.
Teraz też mam takie dni gdy łapie mnie taki totalny dół. Czuję, że wszystkiego jest za dużo. Muszę ogarniać dziecko, wyjść na spacer, wymyślić kreatywne zabawy, znaleźć czas aby leżał na brzuszku. Nosić, mówić do niego. Myśleć o tym jakie zabawki będą prawidłowo stymulować jego rozwój. Zrobić zakupy, ogarnąć dom, ogarnąć obiad. Do tego wszystkiego przygotować rzeczy na uczelnie. Mocno mnie to przytłacza.
Czuję, że jest ogromny nacisk na rodziców aby doktoryzowali się niemal w rozwoju dziecka. Zaczynamy maniakalnie wręcz śledzić jakich to zajęć, aktywności czy gadżetów potrzebuje nasze dziecko aby idealnie się rozwijać. Nawet zabawki są reklamowane jako edukacyjne. Sugeruje się że skoro dziecko nie ma tej zabawki to coś mu zabieramy z tej „edukacji”. To bardzo nie fair w stosunku do rodziców. I łatwo w tym wszystkim zapomnieć o tym, że wystarczy nasza bliskość i uwaga.
To prawda. Ja natomiast łapie się głównie na porównywaniu. Syn ma pół  roku i nie pełza. Tymczasem ja czytam, że inne dzieci w jego wieku pełzają i już zaczynam się stresować i obwiniać, że to z pewnością kwestia mojego zaniedbania. Może leży na łóżku za dużo a za mało na macie? Albo za dużo czasu w bujaczku? Momentalnie pojawiają się myśli co ja zrobiłam źle. Czytam na grupach osiągnięcia innych dzieci i nie potrafię się tym cieszyć tylko od razu dopatruje się tego, że coś zrobiłam źle i przez moje niedopatrzenie nie daję synowi przestrzeni do dobrego rozwoju. Wyliczam sobie nieustannie co powinnam robić a czego nie. Stałe porównywanie męczy. Czy do innych dzieci, czy do siatek rozwoju. Czuję się w tym zagubiona.

Informacji jest zbyt wiele?
Wiesz, czytam te wszystkie blogi, książki. I pojawia się informacja: kup matę piankową aby zachęcić dziecko do aktywności, do ćwiczenia i leżenia na brzuszku bo to dobre dla rozwoju motoryki. Dostał matę. Potem przeczytałam, że na te puzzle piankowe trzeba uważać, bo zawierają toksyczny formamid. I już nie wiem – kłaść go na tej macie czy go nie kłaść? Jest dla niego dobra czy toksyczna?

Łatwo jest się w tym zagubić, łatwo też mieć poczucie, że co nie zrobisz to i tak będzie źle.
I ja dostaje już kręćka. Nie jestem idealną mamą.

Nie da się być idealną, perfekcyjną mamą. Nie znam ani jednej mamy, która by taka była. Pościg za idealnością może być frustrujący, tym bardziej, że to ideał nie do osiągnięcia. Tymczasem warto być wystarczająco dobrym rodzicem. Choć sztuka odpuszczenia nie na leży do najłatwiejszych.
Mam sporo takich dni kiedy jako mama czuje się dobrze, fajnie. Jednak bywają takie dni, gdy mam dołek, dosyć wszystkiego. Większość dnia spędzam leżąc w łóżku.

Jakie masz wtedy myśli?
Czuję, że jestem mu zupełnie niepotrzebna. Inni znają się na nim lepiej, lepiej niż ja się nim zajmują. Czuję, że mogłabym wyskoczyć przez okno i byłoby lepiej dla wszystkich. 


Czy rodzina próbowała Ci pomóc?
Początkowo, gdy byli tu non stop przez dłuższy czas zwalaliśmy moje humory na baby blues. Przecież tak bywa – przejdzie. Teraz gdy już wyjechali i  nie mają ze mną do czynienia tak często nie zauważają tego w takim stopniu.

Ale jest mąż, on jest każdego dnia.
Niby tak, jednak te humory nie są moją stricte poporodową cechą. Już przed ciążą miewałam gorszę dni, lęki czy ataki paniki. Chyba przyzwyczaił się do mojej huśtawki nastrojów.
Szukałaś procesjonalnej pomocy?

Byłam u psychiatry. W pewnym momencie poczułam, że nie daje sobie rady. Pani powiedziała, że dopóki karmię piersią nie może mi pomóc żadnymi lekami. Kazała przyjść jak odstawię dziecko od piersi. Wiesz, to karmienie to jedna z nielicznych rzeczy z jakich jestem dumna. Z tego, że zawalczyłam o to i że się udało. Nie potrafiłabym i nie chciałabym z tego zrezygnować na tak początkowym etapie. Wiem, że są opcje na pomoc farmakologiczną w moim stanie jednak nie czułam się na siłach aby wykłócać się z lekarzem. Nie miałam też siły szukać dalszej pomocy, szczególnie, że osoba do której trafiłam była polecana jako ta obeznana w temacie karmienia piersią. Polecano ją a okazała się zupełnie niepomocna.
To co Ci pomaga gdy jest gorszy czas?

Przeważnie czekam aż mi przejdzie.
Masz wsparcie?

Uciekam się do internetowego wsparcia. Pomaga mi gdy przeczytam o tym że ktoś ma podobne problemy do moich. Brakuje mi jednak bezpośredniego kontaktu z ludźmi.
Próbowałaś wyjść na jakieś zajęcia dla rodziców z dziećmi aby poznać rodziny z okolicy?

Byłam na takich spotkaniach, spotykam się z ludźmi na miejscu ale kontakt szybko się rozjeżdża, nie potrafię go utrzymać poza spotkaniami. Cholernie mi z tym ciężko ale nie potrafię chyba budować relacji.
Pojawiały się takie myśli, że żałujesz, że zostałaś mamą?
Bywa tak nadal, choć może ciut rzadziej niż wcześniej. Zdarza się też, że zastanawiam się jak bardzo złą matką jestem. Myślę sobie wtedy, czy jak by ktoś mi go zabrał to czy było by mi przykro czy nie? Zawsze dochodzę do wniosku, że jednak było by mi przykro więc jeszcze nie jest ze mną aż tak źle.

To okropnie trudne emocje. Cieszę się, że mówisz mi o tym otwarcie. Wiele kobiet czuje podobnie ale boją się przyznać do tego nawet same przed sobą, a co dopiero mówić o tym innym. Uważam jednak, że to ogromna odwaga i wielką wartość widzę w tym, że pokazujesz mi, ze takie uczucia nie są niczym dziwnym. Pojawiają się u wielu z nas i nie powinny być nigdy powodem do wstydu. Do mnie wraca to, że po pierwszym bardzo trudnym emocjonalnie porodzie miałam takie ciężkie okresy gdy kumulowały mi się negatywne emocje. Potrafiłam wtedy powiedzieć mężowi, że powinien znaleźć inną, lepszą mamę dla naszej córki i najlepiej jak by zrobił to szybko aby nie zdążyła mnie pamiętać. Dziś wiem, że byłam okropnie wymagająca względem samej siebie i nie potrafiłam poradzić sobie z tym, że start w rodzicielstwo nie był taki jak sobie planowałam. To było jak kula śniegowa, samo się napędzało. Teraz w głowie mam takie zdanie, że za każdym razem kiedy myślisz o sobie jako o złej matce zamień słowo „zła” na „zmęczona” i zadbaj o siebie. 
Najtrudniejsze dla mnie jest wkręcanie siebie w to, że zrobiłam dziecku krzywdę przez brak kompetencji czy zaniedbanie. Przerasta mnie to. Przy porodzie miał drobny wylew. Lekarka zwróciła uwagę na to, że kruchość naczyń krwionośnych mogła być powiązana z moimi wahaniami cukru. To był dla mnie koszmar, nie potrafiłam przestać myśleć o tym, że nie trzymałam diety cukrzycowej i tym samym naraziłam dziecko. Biczowałam się za każde moje niedopatrzenie. Nieustannie myślę, że coś mogłam zrobić lepiej, inaczej. Łatwo się w tym zakręcić. 

 

Czego najbardziej Ci brakuje?
Chyba tego aby ktoś podszedł i powiedział: Spokojnie, robisz to dobrze.
Brakuje mi też osoby której mogłabym zaufać. Osoby która poza wsparciem miała by merytoryczną i przede wszystkim aktualną wiedzą dotyczącą dzieci. Tu nie mogłam zaufać nawet położnej środowiskowej. Podczas wizyty powiedziała mi, że jak nie będę wystarczająco jeść to będę miała chudy pokarm. Jak słyszę takie głupoty to przestaje z miejsca ufać w jakichkolwiek innych kwestiach. A brakuje mi oparcia.

A gdy mówisz najbliższym o swoich obawach to co słyszysz?
Zwykle mówią mi, że przesadzam. Sugerują, że nie powinnam się wszystkim przejmować. Ale ja nie potrafię się nie przejmować. Uważam, że te rzeczy na których się skupiam są ważne. Brakuje mi tego zrozumienia. Wolałabym usłyszeć „rozumiem, że się martwisz”. Nie oczekuję i nie chcę aby ktoś martwił się tak mocno jak ja. Wolałabym jednak otrzymać wsparcie i zrozumienie a nie krytykę która nic dobrego nie wnosi. 
Starasz się słuchać swojej intuicji?
Zupełnie staram się nie słuchać tego głosu, nie ufam sobie. Stąd moja potrzeba stosowania się do wszelkich zaleceń, odnoszenia się do tabeli i siatek rozwoju. To daje mi poczucie bezpieczeństwa ale jednocześnie wiem, ze powoduje stały stres.
Jak opisałabyś swoją codzienność?
Czuję się zmęczona i bardzo samotna. Mąż teraz też wrócił na uczelnie. W tygodniu pracuje więc siłą rzeczy jestem sama z synkiem. Do tego jednak co drugi weekend podczas jego zjazdów zostaje z nim sama. To dla mnie bardzo trudne i nie potrafię znaleźć czegoś co by mi w tym pomogło.
Początkowo nawet spacery które niby miały być chwilą oddechu dla mnie były ogromnym wyzwaniem. Najpierw ubierałam siebie aby dziecko się nie pociło, potem ubierałam jego. Wychodziliśmy z klatki a on w ryk. Byłam spocona, zmęczona i wściekła. Nie mogłam ruszyć się nawet na metr z domu. Wracałam. Nie chciałam iść na spacer z płaczącym dzieckiem. Ludzie by się patrzyli a ja czułabym się przegrana. Dziecku w stresie rośnie też poziom kortyzolu. Od razu nakręcałam się negatywnie.

Do tego dobijało mnie to, co czytałam na jednej grupie mam. Dziewczyny wrzucały codziennie swoje uśmiechnięte zdjęcia ze spacerków z dziećmi. A ja? Czułam, że nie daję rodzicielsko rady. Ciągle dusze dziecko w mieszkaniu bez świeżego powietrza. 
Niestety Internet potrafi pomóc ale potrafi też wzbudzić w nas ogromne wyrzuty sumienia czy podkopać naszą wartość.
Nie zapomnę jak jedna dziewczyna wrzuciła post z tekstem „Hej! Co robicie jak Wasze dzieci śpią? Bo ja już posprzątałam całe mieszkanie, wszystko ogarnęłam i się nudzę”. Czułam się jak bym dostała policzek. Nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Co jest nie tak z moim dzieckiem i co jest nie tak ze mną, że niczego nie potrafię ogarnąć, nawet nie mówię o chwili odpoczynku? Nie wyrabiam się z natłokiem codziennych obowiązków, nie potrafię nawet odłożyć dziecka i sprzątnąć jednego pomieszczenia a ona ogarnęła cały dom i się nudzi…



I takie sytuacje powodowały twoje wyrzuty sumienia?
Też, jednak najmocniej mam do siebie żal za sytuacje gdy czułam złość w stosunku do dziecka. Na przykład przy wspomnianych wcześniej próbach spaceru. Gdy sfrustrowana i wściekła wracałam z krzyczącym dzieckiem do domu sama miałam ochotę krzyczeć. I czasem krzyczałam. Zaczęłam przeklinać, wyzywać go. Byłam wściekła o to, że nic mi nie wychodzi. Czemu inne dzieci śpią na spacerkach a Ty nie możesz?! Był wtedy malusi. Po kilku minutach zaczynałam ryczeć, że jak ja mogłam do takiego malutkiego dziecka mówić tak okropne słowa. 
Były też momenty gdy on leżał i płakał, nie potrafiłam go nijak uspokoić. Z tej całej bezsilności nie wiem co się ze mną działo ale stałam obok i mówiłam „A leż sobie, dobrze ci tak! Nie chcesz współpracować to sobie rycz”. I znów po sekundzie wściekłość na siebie i myśl „Jezu, co ja robię?”. Dlaczego czuje tak okrutne rzeczy w stosunku do maluszka, bezbronnego, niewinnego.
Co czujesz gdy teraz patrzysz na syna?

Przede wszystkim często jestem zdumiona tym jak działają dzieci. Zadziwia mnie, że to była taka mała kropeczka w moim brzuchu, potem rosła, rosła i wyszła, i jest takim idealnym miniaturowym człowieczkiem. Jeżeli synek jest spokojny, to rzadko czuję wobec niego negatywne emocje, raczej często zachwyt, rozczulenie. Czasem obojętność. Czasem irytację, że nie mogę robić tego, co chcę, tylko muszę z nim siedzieć. Ale większość negatywnych emocji mam wobec siebie, nie wobec niego.
Jak widzisz siebie jako mamę i jaką chciałabyś być?

Widzę siebie jako kiepską matkę, przede wszystkim dlatego, że dziecko uczy się funkcjonowania w świecie patrząc na rodzica. A czego mój syn może nauczyć się ode mnie? Żeby wściekać się o byle bzdury, żeby nakręcać się w strachu o każdy drobiazg, żeby ciągle narzekać, mieć syf w domu i godzinami przewijać Facebooka? Jak mam mu pomóc przeżywać jego emocje, skoro tak bardzo nie radzę sobie z własnymi? Chciałabym być spokojną mamą, żeby nie przenieść na Piotrusia moich lęków. Chciałabym mieć świadomość, że robię wszystko na 100% swoich możliwości, nie marnować czasu na bzdury. Chciałabym jako mama dawać swoim dzieciom dobry przykład.
Gdybyś spotkała mamę taką jak Ty, z podobnymi problemami, co chciałabyś jej powiedzieć?

Otaczaj się wspierającymi ludźmi i nie bój się prosić o pomoc.




Powyższy wywiad  jest częścią projektu "Narodziny Matki" - rozmów o kobiecych emocjach podczas startu w macierzyństwo. 
Pomysł projektu, rozmowy i zdjęcia: Aleksandra Wilk-Przybysz
Więcej o projekcie: https://wilkprzybysz.blogspot.com/2019/02/narodziny-matki-o-projekcie.html
Pozostałe historie: https://wilkprzybysz.blogspot.com/search/label/Narodziny%20Matki

Chcesz wesprzeć projekt i przyczynić się do wydania książki "Narodziny Matki" ? Więcej informacji tutaj:
https://zrzutka.pl/88kaa7

NarodzinyMatki #ProjektNarodzinyMatki
Chcesz wziąć udział w projekcie lub masz pytania, pisz: wilkprzybysz@gmail.com



kwietnia 21, 2019 5 komentarze



Spotykasz się z niezrozumieniem albo pytaniem „po co Wam tyle dzieci”?
Raczej z pytaniem „to wszystko Twoje?!”. Tymczasem mojego męża pytają, czy on te wszystkie dzieci ma z jedną żoną. Sporo jest rodzin patchworkowych i chyba ludziom łatwiej założyć, że mężczyzna może mieć wiele dzieci z różnych związków, niż że są kobiety, które świadomie tyle lat poświęcają na ciąże, porody i wychowanie maluchów.
Marzyłaś o dużej rodzinie?
Jeszcze w liceum miałam plan na pracę naukową. Moim priorytetem nie było małżeństwo ani rodzicielstwo. Miałam tysiąc pomysłów na życie zawodowe i rozwój osobisty, macierzyństwo traktowałam na zasadzie „jak będzie to będzie”. Nie planowałam liczby dzieci.  Dodatkowo jestem z rodziny, która nie do końca to wielorodzicielstwo wspiera.
Uważam, że każdy sam musi rozważyć ile chce mieć dzieci i czy ma powołanie, aby być rodzicem. Miałam w sobie w pewnym momencie taką niezgodę, że w sumie dlaczego jako standard mówi się o jednym czy dwójce dzieci, a nie o większej liczbie?  Kto ustala te standardy? Zainteresowałam się kulturami pierwotnymi, tymi nieskażonymi wpływami Zachodu. Tam rodziny są większe. Poczułam, że ta nasza kulturowa dwójka dzieci jest sztuczna, wykreowana. Bo tak jest wygodniej, dzieci mieszczą się w jedno auto, mniejsza ich liczba pozwala połączyć większą liczbę ról, jakich społecznie się wymaga od kobiety. Można być mamą, kontynuować pracę zawodową, mieć więcej czasu na dom, w międzyczasie trzeba przecież o siebie zadbać. A przy większej liczbie dzieci, wiadomo, jest to coraz większe wyzwanie. Do tego dochodzą oczywiście kwestie finansowe: gdzieś tam mamy zakodowane, że powinno być nas stać na takie a nie inne wakacje, mieszkanie, standard życia. Wszystko jest wyliczone, wykalkulowane. Zaczęło mi to wszystko zgrzytać.
Czyli dojrzewałaś do tej decyzji?
Tak, i to była długa droga. Zaczęło się od tego, że na progu dorosłości zauważyłam, że Ci młodzi ludzie w moim otoczeniu, którzy są katolikami są szczęśliwi. Zaczęłam się zastanawiać z czego to wynika. Kościół wydawał mi się zawsze taki ograniczający, pełen zakazów, a potem się okazało, że tak nie jest. Długo docierałam się z nim i z wiarą. Szukałam, badałam teren.  W pewnym momencie poczułam, że nie jesteśmy na tym świecie tylko po to by pojeść, popić, popracować. Rozwój naukowy jest szalenie ważny dla świata, ale poczułam, że nie jest to sedno mojego życia. Pojawiła się chęć i potrzeba aby mieć dziecko. Poczułam, że to jest moje powołanie.
Antka urodziłam w pierwszą rocznicę ślubu. To był bardzo trudny poród i trudna ciąża. Byłam daleko od rodziny, nie miałam tu wielu znajomych. Ciężki czas. Po porodzie od razu zamknęła mi się szyjka, jeszcze przed porodem łożyska. Zrobiono od razu łyżeczkowanie, musiałam mieć siłowo rozszerzoną szyjkę. Straty krwi były duże, miałam transfuzje. Byłam obolała i osłabiona. Nie byłam w stanie zająć się własnym dzieckiem.
Poczucie takiej bezsilności pewnie było przytłaczające?
Czułam się bardzo źle. To było kilkanaście lat temu. Nie miałam wtedy takiej świadomości, jaką mam teraz. Moje koleżanki nie były wtedy nawet na etapie budowania stałych związków, a co dopiero rodzicielstwa. Nie miałam więc punktu zaczepienia. Nie byłam przygotowana psychicznie ani do porodu, ani do macierzyństwa.
Co wtedy wiedziałaś o rodzicielstwie?
Nie mówiono o tym wiele. Słyszałam tylko ogólniki: że trzeba wstawać w nocy, że jest dużo pracy fizycznej. O sferze psychiki, zmian jakie w niej następują mówiono niewiele. Nawet o baby blues w szkole rodzenia po prostu wspomniano, bez posiłkowania się doświadczeniem czy życiowymi przykładami.
A niestety żyjemy w coraz większym stłoczeniu, ale jednak coraz dalej od siebie. To nie pomaga.
Dokładnie. Gdy nie mamy szansy, aby żyć blisko innych kobiet i obserwować siostry czy kuzynki, które stają się mamami, nie mamy możliwości uczenia się z cudzych doświadczeń.
Po porodzie nie miałam siły na nic. Nie miałam kontroli nad ciałem.  Mąż wykupił położną, aby była przy mnie non stop przez pierwszą dobę. Podawała dziecko, przystawiała do mojej piersi. Wszystko działo się obok mnie, nie na zasadzie spokojnego wejścia w macierzyństwo, a raczej przedmiotowej obsługi. Trudno mi było później poczuć i nauczyć się wszystkiego, szczególnie karmienia. Nie był to łatwy start.
Mimo tych początkowych trudności obecnie jestem osobą, która ma niestandardową rodzinę. Z szóstką dzieci czy chcemy czy nie, zwracamy na siebie uwagę. Już przy czwórce tak było - dzieci mamy w bardzo małych odstępach czasu, niemal rok po roku. Czwarte dziecko urodziłam mając 28 lat. Znajomi i rodzina ze zdziwieniem oczekiwali co dalej. Na kolejne dziecko zdecydowaliśmy się dopiero po sześciu latach. Teraz oczekujemy szóstego.
Czym jest dla Ciebie wielodzietność?
Znam wiele rodzin wielodzietnych i ciężko jest wpasować je w jedną kategorię, dać im wspólny mianownik. Wielodzietni to nie jest jakaś określona grupa. Znam rodziny wielodzietne, które mają spore problemy finansowe i walczą o codzienność, znam i takie, które leczą się u najlepszych lekarzy i jeżdżą do 5-gwiazdkowych hoteli. Znam takie z trójką, jak i z dziesiątką dzieci.
Nie czuję się wielodzietna. Obiektywnie wiem, że szóstka dzieci to faktycznie spora gromada, jednak u nas te dzieci po prostu się pojawiały, nie zakładaliśmy z góry ile ich będzie i czy dane dziecko będzie już ostatnim. Zawsze na bieżąco podejmowaliśmy decyzję czy jesteśmy gotowi na kolejnego człowieka w rodzinie, choć na przykład czwarta ciąża była dla nas zaskoczeniem.
Nie byłaś gotowa?
Nie, nie była to ciąża planowana. Przez większość ciąży nawet tego faktu nie akceptowałam. Mam wrażenie, że miałam coś na kształt przedporodowej depresji. Te uczucia całe szczęście minęły po porodzie. Urodziła się Ania i w tym momencie coś we mnie wybuchło, cała ta miłość . Finalnie to czwarte, niespodziewane macierzyństwo wyleczyło we mnie wiele kompleksów. Przede wszystkim to było pierwsze macierzyństwo, w którym karmiłam piersią przez dłuższy czas. Przy trzech poprzednich dzieciach każdorazowo była to wielotygodniowa walka zakończona niepowodzeniem.
Można powiedzieć, że to była taka wisienka na rodzicielskim torcie. Jestem ciekawa jednej kwestii. Pamiętam, że gdy urodził się nasz syn poczułam, że nareszcie jesteśmy w komplecie. Miałaś takie uczucie po jakimś porodzie?
Po czwartym dziecku miałam takie poczucie, że mamy pełen stół. Czułam, że wszyscy, którzy mają tu być, już tu są. Długo byłam z dziećmi w domu i po jakimś czasie pomyślałam, że zamykam pewien etap. Stopniowo zaczęłam wracać do życia zawodowego. Początkowo było to pół etatu, potem cały etat bardzo intensywnej pracy. Miałam podrośnięte dzieci i wydawać by się mogło, że moje życie jest mocno poukładane. Dzieci w placówkach, praca zawodowa. Zaczęłam myśleć czy naprawdę mam już nigdy nie mieć kolejnego dziecka? Czy naprawdę ta część życia jest już za mną? Miałam wtedy 32 lata. Przecież w tym wieku kobiety często rodzą pierwsze dziecko. Dlaczego więc ja miałabym zamykać się na kolejne?


Trudno było podjąć tę decyzję?
Trawiłam to bardzo długo. Już byliśmy wielodzietni. Już było nietypowo. Nasze życie się toczyło, rozwijaliśmy się, a tu powtórka z rozrywki? Czy warto powtarzać ten etap? Brakowało mi odwagi. Bałam się czy czasem tą decyzją nie zaszkodzę sobie lub rodzinie.
Co miałoby się stać?
Bałam się, że zaszkodzę już urodzonym dzieciom, że będę miała mniej czasu lub je zaniedbam. Obawiałam się czy będziemy mieć czas dla siebie jako małżeństwo. I pewnie gdybym wokół miała rodziny z jednym czy dwójką dzieci, to odpuściłabym sobie te myśli o dalszym powiększaniu rodziny. Jednak wokół nas sporo jest dużych rodzin i to dodawało mi odwagi. Z czasem dojrzałam do tego, że będzie dobrze. Otworzyłam się na to, by było nas więcej. Jednocześnie jednak miałam w sobie dużo pokory i świadomości, że przecież z samą płodnością może być różnie. Ja nie do końca tym steruje. Mogę planować i mieć pragnienia, ale jak będzie to czas pokaże. Jednak udało się.
Jaka była ta ciąża?
To był cudowny czas. Starsze dzieci odchowane, zrealizowałam trochę innych, pozamacierzyńskich planów, odsapnęłam. Organizm się zregenerował. Ja miałam dobrą kondycję, ćwiczyłam. Byłam w bardzo dobrej formie. To było zupełnie inne oczekiwanie i wczesne macierzyństwo, niż poprzednie. Czułam, że teraz spijam samą śmietankę.
Jak myślisz, z czego to wynika?
Masz doświadczenie. Wprawdzie zawsze jest coś nowego, coś, co cię zaskoczy, jednak mniej więcej wiesz, co będzie dalej i o co w tym wszystkim macierzyństwie chodzi. Nie dajesz sobie wmawiać głupot, nie słuchasz zbędnych rad. Wiesz czego chcesz, słuchasz siebie a nie wszystkich wokół. Dla mnie to było cudowne.
Teraz trwa szósta ciąża, ale pierwsza, w którą zaszłam będąc nadal mamą karmiącą piersią. Wiadomo, płodność wróciła wcześniej, jednak organizm nie miał kiedy odpocząć i się zregenerować. Czuje to, jestem bardziej zmęczona, mam słabsze wyniki badań. Choć myślę, że też wiek robi już swoje. Jednocześnie na mam poczucia, że to nasze ostatnie dziecko. Nie myślę już w ten sposób. Już miałam poczucie pełnego stołu, które okazało się tymczasowe. Przeszłam przez ogrom wątpliwości, jednak widzę jaką wartością dla rodziny i dzieci są kolejne osoby w naszym życiu.
Co najbardziej w tym doceniasz?
Najstarszy syn niezwykle rozwinął się emocjonalnie przy młodszych siostrach. Stał się bardzo opiekuńczy. Nosił najmłodszą z nich w nosidle, bawi się z nią. Widzę, że ma zadatki na wspaniałego ojca kiedyś w przyszłości. Przy naszej dużej rodzinie on dostaje to, czego brakowało mi jako matce: obserwacje, możliwość nabrania doświadczenia, poczucia kompetencji w radzeniu sobie z małym dzieckiem. Jednocześnie nigdy nie oczekiwałam ani nie narzucałam dzieciom tego, aby wzajemnie się sobą opiekowały. Jednak robią to spontanicznie.
To bardzo ważne, jednak to jest rola rodzica a dla dziecka przywilej a nie obowiązek.
U nas działa to właśnie na zasadzie dobrowolnej pomocy i doświadczenia, a nie przymusu. Myślę, że wszystkie strony na tym dużo zyskują.





Masz czasem ochotę wyjść i uciec od tego wszystkiego? Od bycia mamą, od tych obowiązków i powtarzającej się codzienności?
Jasne, że tak. Nie raz myślałam o tym, że może faktycznie wygodniej by było mieć jedno czy dwójkę dzieci.  Zupełnie inaczej byśmy funkcjonowali, nie musiałabym kombinować gdzie z taką gromadą mam jechać na wakacje. Nie byłoby takiej logistyki, ogromu pakowania, check-listy na 3 strony.
Ale jednocześnie mam też czasem ochotę uciec od bycia żoną. Gdy pracowałam miałam czasem ochotę rzucić wszystko co dotyczyło pracy. Daje sobie prawo do tych emocji, szczególnie przy zmęczeniu. Potrzebuję codziennie czasu dla siebie samej. Czy to będzie czas z książką, spacer - nie ma to znaczenia. Dla własnego zdrowia i komfortu potrzebuję każdego dnia mieć taki czas, gdy nikt do mnie nie mówi i mogę być sama ze sobą i swoimi myślami. Przy byciu mamą wiadomo, że ta potrzeba jest większa – nie da się ukryć, że dzieci są absorbujące, przylegające do nas. To jest cudowne ale trudne jednocześnie. Ważne dla mnie jest, aby zachować swoją przestrzeń, dbać o swoje zasoby.
Dla mnie czas dla siebie samej jest niezwykle ważny. Już przy pierwszej córce miałam tak, że nawet jak nie wychodziłam z domu, to lubiłam zrobić sobie oko czy bardziej o siebie zadbać. Poczuć, że nadal ja też jestem ważna. Często wraz z porodem cała uwaga przechodzi na dziecko i my same zapominamy o sobie. Komunikujesz dzieciom swoje potrzeby?
Oczywiście, i uważam, ze to bardzo ważne. Dobrze aby wiedzieli, że każdy potrzebuje przestrzeni, chciałabym aby potrafili także zadbać o swoją. Przy takiej dużej grupie osób, jaka jest wokół mnie i mnogości tematów, jakimi jestem zarzucana w pewnym momencie pozwalam sobie powiedzieć  „Stop, poczekajcie. Idę zrobić sobie kawę, wypiję ją na tarasie i zaraz do Was wrócę”.
Masz poczucie, że tego czasu czy swoich energetycznych zasobów masz dla nich za mało?
Czasem myślę sobie, że może gdyby było jedno dziecko, to mogłoby dowolnie moim czasem dysponować, ale nie miałoby innych rzeczy, coś za coś. Miałoby wyłączność uwagi i czasu, ale nie miałoby rodzeństwa, z którym przeżywa się codzienne przygody czy uczy się rozwiązywać konflikty. I wiesz co? Mam też poczucie, że ja po prostu nie nadaję się na matkę jednego czy dwójki dzieci. Po prostu.
Dlaczego?
Czułabym się bardzo obciążona i przytłoczona tą wyłącznością. Jestem perfekcjonistką. Myślę, że ja bym to dziecko mogła bardzo skrzywdzić. Wszystkie ambicje, uczucia lokowałabym w jednym człowieku. Mam dużą potrzebę kontroli. Gdybym zbyt mocno kontrolowała i analizowała jedno dziecko, to nie wiem czy to byłoby dla niego zdrowe. Przy dwójce dzieci byłoby podobnie. Przy większej liczbie - nie masz na to szans. Czuję też, że przy trójce dzieci rozwija się pełne spektrum relacji.
Sama bardzo to zauważam. Dzieci nie tylko wiedzą, że czasem muszą czekać na swoją kolej ale też uczą się dogadywać miedzy sobą na wielu płaszczyznach. Uczą się wzajemnie od siebie.
Plusem jest to, że gdy dwójka się bawi, to trzecie ma wybór albo dołączyć, albo się odizolować i to nikogo nie uraża bo zabawa trwa. Nie ma też takiego poczucia zobowiązania, że skoro ja mam tylko tego brata a on mnie, to musimy się zawsze dogadywać. Tu relacje są bardzo wielopłaszczyznowe. Dziecko do różnych aktywności wybiera różne osoby z rodzeństwa. Nikt nie musi się do nikogo dostosowywać. Można sobie znaleźć partnera wedle predyspozycji, nie trzeba iść na duże ustępstwa. Jednocześnie jednak uczą się sztuki kompromisu.
Z jakimi reakcjami dotyczącymi dużej rodziny zwykle się spotykasz?
Całe szczęście są to głównie pozytywne reakcje. Obracamy się w takim kręgu osób, gdzie duża rodzina nikogo nie dziwi, a każde kolejne dziecko nie jest postrzegane jako problem tylko jako radość. Jednak najważniejszą reakcją są reakcje moich dzieci, ich radość oraz to, że sami chcą mieć kolejne rodzeństwo. Dla mnie to sygnał, że to, że ich jest dużo dla nich samych jest wielką wartością.
Mam jednak czasem poczucie bycia na świeczniku. Nie pasujemy do utartego schematu. Jesteśmy wielodzietni ale nie zaniedbani. Czuję, że przyzwolenie na moje błędy czy zmęczenie jest mniejsze. Mamie mniejszej liczby dzieci ktoś powie „Nie martw się, to normalne”, mamie wielodzietnej „chciałaś, to masz”.
Jaki był dla Ciebie najtrudniejszy czas w rodzicielstwie?
Na początku rodzicielstwa czułam duże dążenie do tego, aby było idealnie. Przecież dziecko nie może płakać, ja muszę się nim non stop zajmować. Tymczasem dzieci płakały. We mnie budziła się agresja. Do niczego nie doszło ale sama myśl o tym, co miałam ochotę zrobić budziła we mnie wyrzuty sumienia. Teraz wiem, że takie uczucia to nie oznaka tego, że jestem złą matką, tylko sygnał, abym zadbała o siebie, znalazła dla siebie czas, odpoczęła.
Niestety takie czasy, że media i serwisy społecznościowe mocno przyczyniają się do kreowania często nierealnej wizji rodzicielstwa.
Jest dużo osób, które bardzo się kreują. Nie chcę nikomu zarzucać sztuczności, raczej wybiórczość. Uważam, że same sobie robimy tym krzywdę. Nie da się być jednocześnie idealną mamą, idealną żoną, mieć idealnie wysprzątany dom i iść mocno w rozwój osobisty i zawodowy. Zawsze jest coś kosztem czegoś. A jeśli będziemy pokazywać siebie jako osobę, której wszystko się udaje to przestajemy dawać sobie przestrzeń na błędy.

Wymagamy też od samych siebie zbyt wiele.
I wiesz, w takim przypadku, gdy kiedyś zasygnalizujemy jakiś problem, wszyscy powiedzą: „Ale jak to? Przecież u Ciebie zawsze było super”. Pamiętam taką sytuację z jednej z internetowych grup. Dziewczyna wrzuciła zdjęcie, była jeszcze w połogu. Piękna kobieta. Jednak treść jej wypowiedzi krążyła wokół jej braku akceptacji swojego ciała, swojego pociążowego brzucha i dodatkowych kilogramów.
Przecież to jeszcze połóg!
Dokładnie, jej ciało było jeszcze w trybie gojenia się, nawet jeszcze nie powrotu do normy. Ciało zmieniało się dziewięć miesięcy, trzeba dać mu czas. I to, że ona tak o sobie pisała, wprawiło mnie w smutek. Szkoda, że taka kobieta nie widzi w sobie tej mocy. Dała życie, jej ciało uczyniło cud i wykonało ogromną pracę. Najbardziej przerażające były jednak komentarze.  Dużo kobiet pisało, że właśnie z tego powodu boją się ciąży, a nawet z niej rezygnują. Mam wrażenie, że zbyt wiele kobiet żyje tym macierzyństwem instagramowym. Wmawiamy sobie, że macierzyństwo nas nie zmieni, a jeśli zmieni, to tylko na korzyść i będzie motorem napędowym do samorozwoju - że „nowa ja” to będę taka „stara ja”, tylko ubogacona w nowe wartości. No nie.
Macierzyństwo daje dużo dobrego, ale jest też wyzwaniem i trudnością. Należy o tym mówić, jednak nie strasząc a przedstawiając sytuację taką, jaka jest. Po prostu z pełną akceptacją dla zmian w  życiu, w ciele czy w głowie jakie zachodzą wraz z pojawieniem się dziecka. To ubogaca.
Dla mnie to nadal ciężkie. Jednak czuję też ogromną odpowiedzialność, bo jestem mamą dziewczynek. Moja najstarsza córka właśnie skończyła 10 lat. Zaraz stanie się nastolatką.  Włącza mi się coraz większa odpowiedzialność za to, co przekazuję córkom. Dzieci nas obserwują i to przekłada się później na ich podejście do swojego ciała, do rodzicielstwa.
Jakie jest największe wyzwanie w Twojej codzienności?
Zdążyć 😊 A tak zupełnie serio - miłość jako priorytet, aby to nią kierować się każdego dnia.  Aby nie żyć kalendarzem i check-listą, nie kierować się tym, co powinnam zrobić. Siłą rzeczy nasze życie podporządkowane jest pod kalendarz - mój jest zgrany z kalendarzem męża, z milionem kolorowych zakładek w zależności od aktywności, z rozpiską na wydarzenia jednorazowe i cykliczne. Jednak priorytetem dnia nie powinno być to, aby wszystko odhaczyć. Sęk nie w tym, aby na koniec dnia sprawdzać, czy wszystko załatwiłam, tylko czy poświęciłam czas i uwagę dziecku, które wyszło ze szkoły ze smutną miną, czy poświęciłam choć kilka minut aby wysłuchać każdego z nich, czy Miłość była na pierwszym miejscu w naszych relacjach. Nie przychodzi to łatwo, ciągle się tego uczę.





Powyższy wywiad  jest częścią projektu "Narodziny Matki" - rozmów o kobiecych emocjach podczas startu w macierzyństwo. 
Pomysł projektu, rozmowy i zdjęcia: Aleksandra Wilk-Przybysz
Więcej o projekcie: https://wilkprzybysz.blogspot.com/2019/02/narodziny-matki-o-projekcie.html
Pozostałe historie: https://wilkprzybysz.blogspot.com/search/label/Narodziny%20Matki

Chcesz wesprzeć projekt i przyczynić się do wydania książki "Narodziny Matki" ? Więcej informacji tutaj:

https://zrzutka.pl/88kaa7


#NarodzinyMatki #ProjektNarodzinyMatki
Chcesz wziąć udział w projekcie lub masz pytania, pisz: wilkprzybysz@gmail.com




kwietnia 14, 2019 1 komentarze
Newer Posts
Older Posts

O mnie





Jestem mamą trójki najwspanialszych dzieci, żoną męża który wierzy we mnie mocniej niż ja sama. Pracuje z rodzicami maluszków towarzysząc im i wspierając w początkach rodzicielskiej drogi.
To właśnie zarówno moja życiowa rola mamy i żony jak i wykonywana praca zainspirowały mnie do stworzenia tego miejsca - przestrzeni, w której będzie miejsce na dyskusje na kobiece tematy, w której będę mogła dzielić się z Wami tym, co uważam za wartościowe.


Follow Us

Tagi

chustonoszenie chustowanie kangaroo carry kangur kangurek kieszonka Narodziny Matki nauka wiązania chusty tutorial wiązanie chusty

Ostatnie posty

Archiwum

  • ▼  2019 (13)
    • ►  maja (3)
    • ▼  kwietnia (3)
      • [Narodziny Matki] Cz. 10 - Historia Kingi
      • [Narodziny Matki] Cz. 9 - Historia Oli
      • [Narodziny Matki] Cz. 8 - Historia Magdy
    • ►  marca (5)
    • ►  lutego (2)
  • ►  2018 (2)
    • ►  lipca (1)
    • ►  maja (1)

Created with by ThemeXpose